Świat

Google, Apple, Microsoft i inni oddają wywiadowi USA wszystkie nasze dane? Projekt PRISM ujrzał światło dzienne

TP
Tomasz Popielarczyk
51

Co wiedzą o nas rządy mocarstw współczesnego świata? Okazuje się, że mogą bardzo dużo. Gazety The Washington Post i The Guardian ujawniły bardzo niepokojące informacje, według których amerykańskie służby wywiadowcze mają pełen dostęp do baz danych gigantów świata IT: Microsoftu, Google'a, Apple'a, Y...

Co wiedzą o nas rządy mocarstw współczesnego świata? Okazuje się, że mogą bardzo dużo. Gazety The Washington Post i The Guardian ujawniły bardzo niepokojące informacje, według których amerykańskie służby wywiadowcze mają pełen dostęp do baz danych gigantów świata IT: Microsoftu, Google'a, Apple'a, Yahoo i wielu, wielu innych.

Inwigilacja - to hasło klucz, którego boi się większość internautów. Codziennie w sieci zostawiamy ogrom informacji na swój temat. Najwięcej z nich trafia naturalnie do wielkich koncernów, które udostępniają nam całe pakiety usług i kuszą do opierania na nich swojej pracy, zabawy, komunikacji oraz innych aspektów życia. A co, gdyby ktoś inny poza dostawcą usługi miał dostęp do wszystkich pozostawianych tam przez nas danych?

Przytaczane źródła dotarły do prezentacji multimedialnej, która ujawnia szczegóły dotyczące funkcjonowania programu PRISM. Jest to rządowy projekt działający do 2007 roku, którego głównym założeniem jest śledzenie poczynań internautów poprzez dostęp do baz danych firm oferujących im usługi. Cały proces odbywa się na taką skalę, że PRISM stanowi niemalże główne źródło informacji dla amerykańskiego wywiadu dbającego o bezpieczeństwo kraju. Co ciekawe, przystąpienie do programu jest dobrowolne. Według źródła pierwszy zdecydował się na to Microsoft w roku powstania projektu. Rok później przystąpił również Yahoo, a w 2009 roku - Google. W październiku ubiegłego roku szeregi PRISM zasilił Apple, a niebawem ma do tego grona dołączyć też Dropbox. Naturalnie całość jest ściśle tajna i przez minione sześć lat żadne informacje o inicjatywie nie miały prawa ujrzeć światła dziennego.

Projekt PRISM działa równolegle z innym, nazwanym BLARNEY. Ma on na celu gromadzenie metadanych, czyli informacji o ruchu sieciowym, urządzeniach go generujących, a także o samej strukturze sieci. Oba programy mają swoje korzenie jeszcze w latach '70. Pomysł ich wdrożenia zapoczątkował George W. Bush po atakach na World Trade Center. Plany te zrealizowano jednak dopiero w roku 2007.

Co może odczytywać wywiad amerykański w ramach PRISM? Niemalże wszystko: wiadomości e-mail, rozmowy z komunikatorów (również audio i wideo), filmy, zdjęcia, pliki z chmury i te przesyłane między użytkownikami, dane logowania oraz informacje dotyczące każdego profilu. Łącznie jest to 10 typów danych, na których podstawie tworzy się raporty. W ubiegłym roku miało powstać ich aż 1477. Rola projektu jest na dyle duża, że aż jeden na siedem spośród wszystkich raportów jest tworzony w oparciu o dane zebrane za jego pomocą.

https://twitter.com/CNBC/statuses/342778613264945152

Firmy się wszystkiego wypierają. Krótko po ujawnieniu informacji, zarówno Miccrosoft, Google, Yahoo jak i Apple wydały oświadczenia na ten temat, zarzekając się, że nikt poza nimi nie ma dostępu do danych użytkowników. Apple wręcz nigdy nie słyszało o projekcie PRISM, a Microsoft zapewnia, że udostępnia dane tylko po otrzymaniu nakazu sądowego. Pojawiły się też pierwsze zarzuty, że cała sprawa jest jedynie prowokacją. Z 41-slajdowej prezentacji ujawniono bowiem jedynie 4 zrzuty ekranu, które w dodatku delikatnie różnią się logiem programu. Wątpliwości ma budzić też budżet projektu, który wynosi skromne 20 mln dolarów. Pozytywnym bohaterem całego wydarzenia jest Twitter, który nie znalazł się w prezentacji, a więc nie funkcjonuje jako członek programu PRISM. Najwięcej, bo aż 98 proc. danych pochodzi od wielkiej trójki: Google'a, Apple'a i Microsoftu. Dane mają też być przesyłane od jednego z największych operatorów komórkowych USA, firmy Verizon dostarczającej wywiadowi nagrania rozmów telefonicznych.

Tymczasem James R. Clapper, dyrektor National Intelligence w oficjalnym komunikacie nie zaprzeczył istnieniu projektu PRISM. Zaznaczył jednak, że w raporcie pojawiły się pewne nieścisłości, szczególnie w kwestii zasięgu działań inicjatywy (ma ona nie obejmować obywateli Stanów Zjednoczonych).Mimo, że w wypowiedzi nie padła nazwa "PRISM", Clapper potwierdził, że jest to jedno z największych i najbardziej wartościowych źródeł informacji dla amerykańskiego rządu.

Jeżeli informacje o istnieniu programu PRISM się potwierdzą będzie to ogromnym ciosem w wiarygodność gigantów branży IT. Co prawda same niuanse o śledzeniu internetu przez rząd USA nowością nie są, bo choć głośno się o tym nie mówi, każdy zdaje sobie sprawę, że Amerykanie dysponują środkami umożliwiającymi taki proces. Sęk w tym, że nikt nie podejrzewał, że może to się odbywać na taką skalę przy dobrowolnym udziale największych firm technologicznych o globalnym zasięgu.

 

Aktualizacja

Otrzymaliśmy komunikat od polskiego oddziału Google w sprawie całego zdarzenia:

Google dba o ochronę i bezpieczeństwo danych swoich użytkowników. Udostępniamy rządowi dane tylko zgodnie z literą prawa, a każde takie żądanie jest wnikliwie analizowane. Od czasu do czasu pojawiają się doniesienia, że rzekomo stworzyliśmy dla rządu  „tylne drzwi” do naszych systemów, ale w Google nie ma żadnych „tylnych drzwi”, które dawałaby rządowi dostęp do prywatnych danych użytkowników.

Firma informuje, że jedyne przekazywane dane użytkowników zostały wymienione w Raporcie Przejrzystości i dotyczą one oficjalnych procedur prawnych. Tym samym zapewnia nie istnieją żadne "tylne drzwi" (backdoor), którymi służby wywiadowcze USA mogłyby uzyskiwać dostęp do danych użytkowników korzystających z jej usług.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu