Samsung

Galaxy S5 czapek z głów nie zerwał, rynek domaga się czegoś więcej

Maciej Sikorski
33

Nie cichną echa poniedziałkowej prezentacji Samsunga, na której ujrzeliśmy model Galaxy S5, nowego flagowca koreańskiej korporacji. To ten sprzęt ma być lokomotywą komórkowego biznesu koreańskiej firmy w roku 2014, to do niego będą porównywane smartfony LG, Apple, HTC czy chińskich producentów (mam...

Nie cichną echa poniedziałkowej prezentacji Samsunga, na której ujrzeliśmy model Galaxy S5, nowego flagowca koreańskiej korporacji. To ten sprzęt ma być lokomotywą komórkowego biznesu koreańskiej firmy w roku 2014, to do niego będą porównywane smartfony LG, Apple, HTC czy chińskich producentów (mam na myśli urządzenia z wyższej półki). Rynek z euforią przyjął ten model? Wydaje mi się, że nie. Najlepiej świadczy o tym fakt, iż wyczekiwana jest… inna wersja smartfonu.

Kilka tygodni temu, gdy informowałem o tym, iż Samsung zaprasza na premierę swojego flagowca, Grzegorz wspomniał w komentarzu pod tekstem, że na zaproszeniu widnieje napis Episode I, a to może oznaczać, że wcale nie zobaczymy flagowca. Wówczas też się nad tym zastanawiałem i brałem pod uwagę różne scenariusze. Ostatecznie jednak okazało się, iż Koreańczycy pokazali w Barcelonie Galaxy S5. Wyjaśniło się, co kryło się pod hasłem Episode I, ale jednocześnie pojawiło się pytanie: kiedy będzie miał miejsce Episode II? Co na nim zobaczymy i czy na tym koniec?

Mogę się pokusić o stwierdzenie, że nie mamy do czynienia z bardzo skomplikowaną zagadką. Przed rokiem również mieliśmy dwie wielkie premiery smartfonów Samsunga: najpierw Galaxy S4, potem Galaxy Note 3 (plus smartwatch). Odpowiednio: Episode I oraz Episode II. Prawdopodobnie w tym roku zaplanowali to podobnie – najpierw sprzedaż będzie napędzał Galaxy S5, a potem pałeczkę przejmie druga "rakieta", czyli nowy tabffon z popularnej linii. Tym samym, Episode II może oznaczać Note’a czwartej generacji i poznamy go po wakacjach.

Wyjaśnienie wydaje się logiczne, ale niektórych to nie urządza – wyczekiwany jest jeszcze jeden produkt (albo nawet kilka). Dlaczego? Ponieważ nie brakuje osób rozczarowanych poniedziałkową premierą i domagających się "czegoś więcej". Pojawiają się zatem plotki, z których wynika, iż Samsung za kilka miesięcy pokaże inną wersję Galaxy S5. I nie mówimy tu o smartfonie, w którym zmienią procesor, lub wprowadzą jakieś kosmetyczne zmiany (takie zabiegi nie są niczym nowym w wykonaniu koreańskiej korporacji i zapewne zostaną wykorzystane także teraz). Pogłoski dotyczą "premiery przed duże P". A właściwie F, bo mowa o linii Galaxy F.

Doniesienia na temat serii Galaxy F nie są niczym nowym – wspomina się o niej od kilku kwartałów i chociaż niektórzy przekonują, że to pewniak, to nadal brak konkretów. Z czym mielibyśmy do czynienia? Seria F naprawiałaby to, co zepsuto w przypadku linii S. Ta ostatnio nie jest już dobrym oznaczeniem dla produktów najwyższej klasy, bo stała się zbyt szeroka. Pisząc krótko: utraciła prestiż. Przez jakiś czas rozbudowywanie linii Galaxy S pomagało Samsungowi i poprawiało wyniki firmy, ale na dłuższą metę może to być kiepska strategia, bo w tłumie ginie lider, czyli sprzęt, na który wszyscy mają patrzeć szeroko otwartymi oczyma i mówić „wow”.

Firma miałaby zatem wprowadzić na rynek coś jeszcze, produkt mniej masowy, elitarny. Specyfikacje zostałyby podkręcone do granic możliwości, wszystko trafiłoby do metalowej obudowy (flagowiec nie może być przecież „plastikowy”) i otrzymało kosmiczną cenę. Skoro Galaxy S5 kosztuje parę tysięcy złotych, to będący półkę wyżej Galaxy F zapewne nokautowałby przeciętnego klienta, ale jednocześnie wzbudzałby jego pożądanie: bo fajnie mieć drogie rzeczy. W mediach krążą oczywiście informacje, iż sprawa jest przesądzona, a źródłem są w tym przypadku menedżerowie koreańskiej firmy, którzy uchylili rąbek tajemnicy podczas targów MWC 2014.

Czy Samsungowi jest potrzebna linia F? Przyznam, że mam problem z udzieleniem jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Nie ulega wątpliwości, że zarzuty pod adresem linii S, iż stała się ona zbyt rozbudowana i trafiły do niej produkty obniżające prestiż całości, są słuszne. Z jednej strony, można łapać klientów na motyw z Galaxy S w nazwie, ale z drugiej strony, szkodzi to ponadprzeciętnym urządzeniom. Samsung, który chce uchodzić za lidera branży i innowatora, jednocześnie musi walczyć z łatką technologicznego spamera. Kiepska sprawa. Ten argument przemawia na korzyść nowej linii.

Warto sobie jednak zadać pytanie, czym wyróżniałby się nowy smartfon na tle konkurencji? Metalowa obudowa czyniłaby z niego znacznie lepszy sprzęt? Jeszcze więcej rdzeni w procesorze, pikseli w ekranie albo megapikseli w aparacie sprawiłoby, że ludzie zaczną zaciągać pożyczki, by kupić ten sprzęt? Czy taki produkt naprawdę jest komuś potrzebny? Klientom, którzy kupią coś podobnego taniej? Producentowi, który w przypadku kiepskich wyników sprzedaży będzie musiał zatrzeć złe wrażenie? Gdyby Samsungowi udało się zrobić z tego sprzętu naprawdę elitarny produkt i nikt nie spodziewałby się oszałamiających rezultatów sprzedaży, to problemu by nie było. Sęk w tym, że media, eksperci i akcjonariusze zaczną pewnie pytać, dlaczego sprzedano X sztuk smartfonu, a nie 500%X. z takimi eksperymentami trzeba uważać.

W całej sprawie ważne jest także to, dlaczego wiele osób czeka na premierę „lepszego flagowca”? Najprostsza odpowiedź: bo zawiedli się urządzeniem zaprezentowanym kilka dni temu. Przecież nie pokazano niczego nadzwyczajnego, to lekko podrasowany Galaxy S4. Opinię rzeszy odbiorców wyraziła głośno Nokia tworząc słowo "Samesung". Niby coś nowego, a jednak odgrzewany kotlet. Innowacji brak, wszystko już było, nie ma efektu wow. Taki flagowiec to nie flagowiec – mają być lasery, akumulator rodem z Gwiezdnych Wojen, tańczący wyświetlacz itp. Ale ich nie ma.

Dochodzimy do sedna sprawy. Czy Samsung zaprezentował w poniedziałek dobry sprzęt? Jeżeli ktoś czekał na prawdziwą petardę i rewolucję, to nie. Jeśli jednak jest się klientem czekającym na dopracowanie pewnych elementów, usunięcie problemów i poprawę wielu parametrów (niekoniecznie za sprawą wymiany podzespołów), to za kilka tygodni, po serii testów, może się okazać, że koreański producent stanął na wysokości zadania i dostarczył na rynek udany produkt. Bez fajerwerków, bez masy niepotrzebnych dodatków (pewnie i tak będzie ich sporo, ale może jakoś się powstrzymywali bazując na doświadczeniach z przeszłości), po prostu dobry smartfon, z którego użytkownik będzie zadowolony. Po tygodniu pracy i po kilu kwartałach albo nawet latach.

Tą drogą poszło jakiś czas temu Apple, które zostało skrytykowane za brak innowacji i nudę wiejącą z ich smartfonu (nie tylko smartfonu – tabletom też się za to dostaje). Teraz w podobnym kierunku podąża Samsung (złośliwi znowu powiedzą, że kopiuje poczynania amerykańskiego konkurenta ;)). Co zrobią inne firmy? Przekonamy się już niedlugo – za niecałe cztery tygodnie HTC zaprezentuje następcę modelu One. Wedle zapowiedzi tajwańskiego producenta, ten sprzęt oczaruje szeroko pojęty rynek znacznie bardziej niż Galaxy S5. Przekonamy się, czy firma poprawi smartfon One czy może tworzy produkt, który od poprzednika będzie dzielić głęboka przepaść. Póki co korporacja tak nakręca zainteresowanie sprzętem:

Czy można zrewolucjonizować zagadnienie dźwięku w sprzęcie mobilnym? Niektóre firmy przekonują, że tak. W gronie tym mogliśmy już nawet dostrzec HTC, gdy eksperymentowało z firmą, technologiami i produktami Beats Audio. Chyba wszyscy wiedzą, jak się to skoczyło. Jeżeli tajwańska korporacja po prostu poprawia jakość dźwięku w swoim sprzęcie i będzie to zauważalna poprawa, to fajnie (choć większość klientów i tak ie zwróci na to uwagi). Jeżeli jednak firma postanowi przekonać wszystkich, że dokonała na tym polu przełomu i warto kupić jej sprzęt, bo konkurencja została w tyle, to nie wróżę sukcesów.

Poprawianie, dopieszczanie i podnoszenie jakości mogą być ok, rewolucje na siłę już niekoniecznie.

Źródła informacji oraz grafik: hi-tech.mail.ru, HTC, Nokia, Samsung, Twitter

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy:

MobileSamsungSmartfonGalaxy S5