Frankenstein's Monster's Monster, Frankenstein
3

Przepis na pastisz własnego filmu. Ta recenzja, która udowodni, że Netflix idzie w ilość, a nie jakość

David Harbour potrafi zaskoczyć. Szkoda jednak, że Stranger Things zajmowało mu w ostatnim roku tak dużo czasu. Może byłoby lepiej.

Frankenstein’s Monster’s Monster, Frankenstein zadebiutował dziś na Netfliksie. Film wyreżyserował  Daniel Gray Longino (Lady Dynamite, Who is America?), scenariusz napisał John Levenstein (Dolina Krzemowa, Bogaci bankruci). W głównej (a właściwie w głównych) roli wystąpił David Harbour (Stranger Things, Bogowie ulicy). Oprócz niego w filmie pojawili się m.in. Kate Berlant (Przepraszam, że przeszkadzam, Udanej rocznicy), O-Lan Jones (Edward Nożycoręki, Urodzeni mordercy) czy Alex Ozerov (Czarny ptak, Zawód: Amerykanin). Ale o co w ogóle w tym wszystkim chodzi?

Niby przerysowane, ale użyto zbyt mało kredek. Frankenstein’s Monster’s Monster, Frankenstein

Frankenstein’s Monster’s Monster, Frankenstein to dziwaczny film mockumentary, który powstał prawdopodobnie dla rozrywki Davida Harboura. W produkcji gra w pewien sposób samego siebie – Davida Harboura III. Bada życie swojego ojca,  Davida Harboura Juniora. Szczególnie zainteresowało go ostatnie dzieło tatusia, czyli właśnie Frankenstein’s Monster’s Monster, Frankenstein. Gotycka opowieść o potworach i oszustwie rozgrywała się nie tylko w fabule, ale i na planie zdjęciowym. David Harbour Junior żył w wyjątkowej niezgodnie z Joeyem Vallejo, który grał jedną z głównych ról w jego filmie. Im głębiej David Harbour III kopie w historii swojego ojca, tym gorzej. Poznaje go z okropnej strony, jako człowieka pełnego złości, zazdrości i kłamstw. Wkradają się nawet podejrzenia o morderstwo.

Recenzja Stranger Things 3 – jedni będą zachwyceni, inni mogą się wynudzić. Ale wszyscy będą oglądać

David Harbour śmiało popisuje się umiejętnościami aktorskimi grając wszystkie postaci o jego personaliach oraz postaci, które te postaci odgrywają. Trochę to wszystko skomplikowane, prawda? Ale o to właśnie chodziło. Produkcja jest nie tylko zagmatwana, ale i prześmiewcza. Otwarcie kpi sobie z dramaturgii starego kina czy samej historii Frankensteina. Film w filmie robiony jest na poważnie aż do przesady. Fabuła jest durnowata, ale bohaterowie każde zdarzenie przeżywają jak mrówka okres. Faktycznie, ma to swój urok. Zdarzyło mi się uśmiechnąć pod nosem, widząc, co wyprawiają postaci. Ale żeby wybuchnąć śmiechem? Aż tak mi ten humor nie przypadł do gustu.

Hellboy powraca, zobaczcie zwiastun – miało być poważnie i strasznie, a wyszła komedia(?)

Frankenstein’s Monster’s Monster, Frankenstein nie jest złym filmem. Ale nie powiedziałabym też, że jest dobry. Cieszę się z czystej sympatii do Harboura, że próbuje nowych rzeczy. Chce pokazać, ile talentu w nim siedzi i że jego życie nie kończy się na Stranger Things. Szkoda tylko, że robi to w taki sposób. Może ekipa chciała zrobić za dużo? Mieli wiele pomysłów i nie zrobili odpowiedniej selekcji? Możliwe. Nie jest tak dziwnie i groteskowo, jak miało być – jest po prostu zagmatwanie. Nie jest tak pastiszowo i zabawnie – jest po prostu okej. Dla kogo w takim razie jest ten film? Cóż, na pewno dla wszystkich, którzy są ciekawi Harboura i nie mają akurat czego obejrzeć do obiadu. Cała reszta niech lepiej sięgnie po Stranger Things lub Animę, jeśli trafiła wam się krótsza przerwa na jedzenie.