10

Kiedy ostatnio obejrzeliście CAŁY film w telewizji? Taki seans ma przecież swoje uroki

Dostosowywanie się do ramówki telewizyjnej jest w oczach wielu osób całkowitym głupstwem. Jedynymi wyjątkami od tej reguły mogą być imprezy sportowe lub innego rodzaju wydarzenia transmitowane na żywo. W przeciwnym razie, w rękach widzów pozostaje kwestia tego co i kiedy obejrzą. Ale ja jeszcze pamiętam czasy, gdy na czas poniedziałkowego megahitu lub piątkowego superkina zasiadało się przed telewizorem z wypiekami na twarzy.

I nie zawsze chodziło tylko o sam film, który był emitowany, ale o coś jeszcze innego – nazajutrz najczęściej rozmawiało się o tym, co poprzedniego dnia wieczorem oglądała większość. Czy to była „Godzilla” z wielką premierą w HBO czy nowy odcinek „Kryminalnych” – dyskusje zajmowały większość wolnego czasu. Oczywiście nie tyczyło się to wszystkich, a dziś również rozmawia się o nowych serialach i filmach – jednak swoboda obejrzenia czegoś o dowolnej porze i niezależnie od narzucanej ramówki sprawia, że ktoś z grupy wyłamuje się i wybierze inną formę relaksu. Bo przecież nowy serial może obejrzeć w nudny, deszczowy dzień, zamiast słonecznego piątku, który może spędzić nad jeziorem czy na grillu u znajomych.

Ile grup, ile ludzi – tyle historii.

Tak się akurat złożyło, że na wczorajszy wieczór nie planowałem nic konkretnego. Poprzednie dni były wypełnione przeróżnymi wrażeniami, więc niedzielne popołudnie i pora wieczorna miały upłynąć w spokojnej atmosferze, raczej w domowym zaciszu. Każdy z nas potrzebuje dekompresji i chwili dla siebie. W takich momentach niektórzy łapią za książkę, audiobook, niedokończoną grę czy serial. Ja lubię po prostu złapać za pilota i rozpocząć surfowanie po kanałach. Nieco bezmyślnie, bez większej uwagi, ale z ciekawością przeglądam nie tylko nadawane obecnie programy, bo także ramówkę na następne godziny. Moją uwagę przykuł „Stan zagrożenia” z 1994 roku – produkcja z Harrisonem Fordem w roli głównej oparta o książkę o Jacku Ryanie – analityku CIA. Postać zapewne większości z Was jest już znana, więc nie będziemy się w to zagłębiać. Ci, którzy jeszcze o tym filmie lub bohaterze nie słyszeli – zachęcam do sprawdzenia.

Postanowiłem, że – z braku planów – obejrzę ten film po raz kolejny. Początek seansu zaplanowano na równo 20:00, a według programu następny tytuł rozpoczynał się o 23:00. To daje nam niespełna 3 godziny (przez napisy końcowe), a czas trwania filmu to około 2 godzin i 20 minut. To oznaczało, że przede mną plus minus 40 minut (w sumie) reklam. Gdy podzieliłem się planami na Twitterze, nie zabrakło sugestii zaplanowania nagrywania filmu i rozpoczęcia oglądania 40 minut później – każdy blok reklamowy będę mógł przecież przewinąć. Zazwyczaj tak robię, ale skoro już od naprawdę, naprawdę dawna nie obejrzałem niczego w telewizji zupełnie tak samo, jak – powiedzmy – blisko dekadę temu, to nie będę psuł efektu przez takie kombinowanie.

Emisję poprzedziły 3 spoty od sponsorów. Później powracały na koniec każdego bloku reklamowego. W sumie, było ich (bloków) tylko 3, trwały po 10-13 minut. Norma. Czy mi przeszkadzały? Sama przerwa w oglądaniu raczej nie, bo to dobry moment, by sobie zrobić herbaty czy pójść do łazienki, ale treść reklam – to już zupełnie inna para kaloszy i wolałbym już na ten temat się nie wypowiadać. Przypomniałem sobie za czym tęskniłem najmniej.

W zależności od tego, jakim dekoderem dysponujecie i od jakiego operatora, możecie dysponować opcją zmiany ścieżki dźwiękowej na oryginalną i włączenie napisów – do tej przyzwyczaiły nas serwisy VOD (choć nie wszystkie), dlatego brak alternatywy może być dla wielu poważną wadą. Inna sprawa, że nawet jeśli możliwości techniczne istnieją, to nie każdy kanał na to pozwala. Te z grupy TVN w większości to oferują, więc przeszkód ze zmianą języka nie było, choć przyznam się, że… z ciekawości obejrzałem całość z lektorem starając się wyłapać jak najwięcej niedokładnych lub pominiętych tłumaczeń – było ich zbyt wiele, by spamiętać wszystkie.

Czy zamierzam obejrzeć coś jeszcze w podobny sposób? Pewnie, czemu nie, ale stanie się tak przede wszystkim wtedy, gdy nie będę miał konkretnych planów i ochoty na przeglądanie setek rekomendacji od Netflixa ani przeglądać oferty każdej z usług VOD, by znaleźć coś na wieczór. W takich okolicznościach po prostu łatwiej złapać za pilota i klikać, klikać, klikać kanał po kanale aż natrafię na coś, co mi się spodoba. Czynność adekwatna do tego, co opisałem nieco wyżej? Nie do końca, takie przełączanie wymaga ode mnie mniej uwagi i nawet zasługuje na miano jednego ze sposób na relaks.