Felietony

Ostatnich kilka dni spędziłem z grą, o której prawdopodobnie nigdy nie słyszeliście. I to mnie smuci

Kamil Świtalski
58

Jeszcze kilka lat temu raczej nikt się nie spodziewał, że rynek gier konsolowych urośnie do takich rozmiarów, że właściwie... nie wiadomo za którą grę zabrać się najpierw. W końcu wychodzi ich kilka, a nawet kilkanaście, tygodniowo. I nie trudno w tym wszystkim utonąć i... ominąć szerokim łukiem naprawdę świetne gry, które często mają do zaoferowania więcej, niż największe premiery.

Wystarczy szybki rzut okiem na kalendarz premier w Wikipedii by wiedzieć, że... właściwie nie ma szans, aby zagrać we wszystko, co wychodzi w tym kwartale. Sam styczeń to 19 nowych gier, a prawdą jest, że rzadko udaje mi się skończyć ich więcej, niż 3-4 miesięcznie. Doba nie jest z gumy, a tak długo jak musimy w życiu robić coś poza graniem -- to niewykonalne. A i bez tego może być niezwykle trudne. Wciąż nie nadrobiłem wszystkich największych hitów minionej jesieni. Teraz teoretycznie jest luźny okres. Ale i tak nie udało mi się nadrobić wszystkich zaległości z ostatnich miesięcy. Wciąż w grze sąMario + Rabbids: Kingdom Battle.Gdzieś na horyzoncie jest domagający się uwagi Assassin's Creed Origins. A ja ostatnich kilka dni przegrałem w tytuł, o którym pewnie nigdy nie słyszeliście. I tak naprawdę niespecjalnie mnie to dziwi, chociaż nie powiem — bardzo smuci.

Bijatyka ze skandalicznie długim tytułem, w którą nie mogę przestać grać

UNDER NIGHT IN-BIRTH Exe:Late[st]: — tak brzmi tytuł gry o której mowa. I pewnie też przeszedłbym obok niej obojętnie gdyby nie to, że podczas mojej pierwszej wizyty w Japonii automaty z grą cieszyły się ogromnym powodzeniem. Gra zapadła mi w pamięć, więc przy okazji jej odsłony na PlayStation 4 postanowiłem w końcu spróbować swych sił w tamtejszych walkach i... jak najbardziej było warto. To świetnie zaprojektowana bijatyka od French-Bread, której to system jest niezwykle przyjemny, design przykuwa oko, ilość i zróżnicowanie bohaterów satysfakcjonuje, a pakiet wyzwań nie pozwala się od niej oderwać. Do tego dochodzi jeszcze wisienka na torcie w postaci trybu fabularnego, który pozwala nam się zanurzyć w tamtejszym świecie i poznać bliżej bohaterów. Nie będzie przesadą przyrównanie go do typowego visual novel. Do tego jest jeszcze zabawa wieloosobowa, a ta — szczególnie w wydaniu kanapowym — jest wartością samą w sobie. Gra to jak najbardziej niszowa i prawdopodobnie bez większych szans na konsolowy sukces.

Bo to nie jest tak, że takie kłopoty dotyczą tylko UNDER NIGHT IN-BIRTH Exe:Late[st]. Prawdopodobnie przy obecnym zalewie gier, są ich dziesiątki w każdym kwartale. A nam, najzwyczajniej w świecie, brakuje czasu i środków by się o tym przekonać. Mniejsi wydawcy zaś nie mogą sobie pozwolić na budżet reklamowy, który mógłby konkurować z tym od Capcom czy Warner Bros. Co smutne — Street Fighter V prawdopodobnie nie jest wam tytułem obcym, bo mówiło się o nim bardzo dużo przy okazji premiery. Zresztą stoi za nim jeszcze legenda, którą owiana jest seria. Sam miałem okazję zapoznać się z nią na starcie — od tego czasu pewnie sporo się zmieniło, ale wówczas gra wyglądała jak nieśmieszny żart. Wybrakowany produkt, który serwowano nam po pełnej cenie.

I tak naprawdę to nie jest tylko problem tej jednej gry, ale całej branży. Klienci i gracze często sięgają po to, co najpopularniejsze — podobno reklamy nie mogą się mylić. Mniejsze czy niezależne gry mają w tym starciu szanse... no, praktycznie zerowe. Dlatego nagle moim postanowieniem na ten rok stało się dawanie szans tytułom, o których kompletnie nic nie wiem. Te często nie boją się próbować czegoś nowego i schodzić z dawno utartych szlaków. I wam polecam to samo, szczególnie jeżeli macie dosyć wydawanej co roku papki, w której zmieniają się tylko skórki na teksturach...

Grafika: 1, 2

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy:

hot