10

Egranizacje – ćwierć wieku temu to był szał!

Egranizacje, czyli growe adaptacje filmów, to pięta achillesowa twórców. Dlaczego? Najczęściej powstają one na siłę i wykorzystują (by nie powiedzieć, gwałcą) bezkrytyczną miłość fanów. Najświeższym przykładem jest nowe, polskie zresztą podejście do cyklu „Rambo”. Recenzenci nie zostawili na produkcji suchej nitki. I dlatego właśnie proponuję Wam dziś magiczną wycieczkę w przeszłość, kiedy egranizacje w ogóle […]

Egranizacje, czyli growe adaptacje filmów, to pięta achillesowa twórców. Dlaczego? Najczęściej powstają one na siłę i wykorzystują (by nie powiedzieć, gwałcą) bezkrytyczną miłość fanów. Najświeższym przykładem jest nowe, polskie zresztą podejście do cyklu „Rambo”. Recenzenci nie zostawili na produkcji suchej nitki. I dlatego właśnie proponuję Wam dziś magiczną wycieczkę w przeszłość, kiedy egranizacje w ogóle nie przypominały filmowych pierwowzorów, ale za to cieszyły się wielkim powodzeniem!

Rambo: First Blood Part II

Cykl Rambo, zwłaszcza część II, był w Polsce lat osiemdziesiątych dziełem zakazanym, bowiem główny bohater walczył z komunistami – Wietnamczykami i Rosjanami. Nie zmieniało to oczywiście nic – wszyscy wówczas mieliśmy plakaty, kasety VHS i wycinki z zachodnioniemieckiego pisma Bravo. Zresztą w kraju czarno-białych telewizorów, dwóch programów TV i totalnej wolności w łamaniu praw autorskich nie widzieliśmy wielkiej różnicy między tym, co oficjalne, a tym, co krąży w tzw. drugim obiegu. Filmy się kupowało na giełdach i pożyczało od kolegów, a gry kopiowało na magnetofonie marki Kasprzak.

Mimo tzw. komuny, każdy, kto miał dostęp do ZX Spectrum, Amstrad CPC czy Commodore 64 (Atarowcy oczywiście musieli obejść się smakiem), strzelał do Rosjan, aż się kurzyło, a panująca cenzura absolutnie nie zdawała sobie sprawy, że zakazane treści płyną szerokim strumieniem poprzez nowy wówczas kanał elektronicznej rozrywki. Nic więc dziwnego, że w czasach, gdy wciąż w Polsce wycinano z kinowych filmów niewygodne sceny, na ekranach telewizorów (spiętych, rzecz jasna, z komputerem) szalał dziki zachód i nieskrępowany kapitalizm.

Na grę Rambo rzuciliśmy się tak, jak nasi ojcowie rzucali się na rzadkie wówczas w kraju świeże, chrupiące bułeczki. Co prawda Sylvester Stallone przegrywał w obwodzie bicepsów z Arnoldem Schwarzeneggerem, jednak jako filmowy bohater był niezrównany – miał wielki nóż i siał z łuku wybuchowymi strzałami! Trudno się dziwić, że z wypiekami na twarzach wgrywaliśmy z magnetofonu grę, by móc choć na chwilę stać się pogromcą zbrojnych komunistów.

Absolutnie nie przeszkadzało nam, że kierujemy kupką pikseli na czarnym tle. W tej grze było wszystko – mogliśmy się skradać, zabijać niecnych wrogów, celnie rzucać nieograniczoną liczbą noży (sic!), a także strzelać z łuku! Wierzcie lub nie, w tej grze widzieliśmy wszystkie sceny z filmu i mogliśmy w nich brać udział! Nikomu nigdy nie przyszło na myśl, że kiedykolwiek zaistnieje na świecie grafika fotorealistyczna. Wszelkie niedostatki technologiczne rekompensowane były przez naszą wyobraźnię.

Aliens

Kolejny tytuł, o którym użytkownicy Atari mogli tylko pomarzyć, a zarazem jedna z najlepszych egranizacji, jakie powstały w latach osiemdziesiątych! To gra, przy której można było, wybaczcie mi obcesowość stwierdzenia, narobić w portki ze strachu! Nie bło tu taryfy ulgowej. Zamknięci w labiryncie przeszło 250 pomieszczeń musieliśmy walczyć z obcymi bez pomocy apteczek, autoregeneracji i innych współczesnych zdobyczy. Jeden kontakt z potworem i cześć pieśni!

Intrygujący był sposób prowadzenia rozgrywki. Mieliśmy bowiem do czynienia z praszczurem FPS – tzw. celowniczkiem. W uproszczeniu powiedzieć można, iż w każdym pomieszczeniu obracaliśmy się o 360 stopni, szukając wejść, wyjść i obcych, którzy lubili zachodzić nas od tyłu. Genialnym dodatkiem było to, że obcy zastrzelony na tle drzwi, blokował nam przejście kałużą kwasu. Wymagało to zdwojonej ostrożności!

Muszę przyznać, że bardzo podoba mi się darmowy remake z uwagi na wierność oryginałowi. Znalazłem go dosłownie przed chwila i już wiem, jak spędzę weekend!

Batman: The Movie

Ekranizacja Batmana autorstwa Tima Burtona to zupełnie nowy rozdział w historii tego komiksowego bohatera. W końcu otrzymaliśmy film, który był i mroczny, i groteskowy, co najlepiej oddawało klimat przygód Człowieka Nietoperza. Nic dziwnego, że ekranizacja doczekała się z miejsca egranizacji. Oczywiście fani Atari co? Wiadomo! Gra wyszła co prawda i pod tym znakiem, ale tylko na szalenie wówczas drogi model ST.

Gra to platformówka 2D stworzona w bardzo wówczas popularnym stylu graficznym – w ten sam sposób zostały zrobione egranizacje Robocopa i Plutonu, a także słynny Gryzor (znany też jako Contra). Nowością natomiast był etap, w którym mogliśmy kierować Batmobilem i ścigać się po ulicach. Całość oczywiście oparta była na filmie Burtona i przyjęła się doskonale, choć była prostą produkcją zręcznościową.

Commando

Na koniec żart i zarazem dowód na to, że wyobraźnia graczy jest prawdziwą potęgą!

W 1985 roku świat podbił film z Arnoldem Schwarzeneggerem Commando. Fabuły opisywać nie będę, bo tytuł znany jest chyba nawet bardziej niż Mona Lisa, a Polsat do dziś niestrudzenie edukuje w tej materii młode pokolenia. Dośc powiedzieć, że w latach osiemdziesiątych każdy chłopak chciał być Arnoldem, zabijać złych, ratować dobrych, a wszystko to czynić w towarzystwie apetycznej, długonogiej mulatki.

Tego samego roku, ale kilka miesięcy wcześniej, automaty i komputery osobiste podbijać zaczęła gra o tej samej nazwie. Był to tzw. vertically scrolling shoot’em up. Mówiąc językiem Mickiewicza, szliśmy przed siebie, czyli w tym przypadku do góry, ekran przesuwał się w dół, a naszym zadaniem było zatłuc wszystko, co się rusza i na drzewo nie ucieka.

Do Polski gra trafiła oczywiście w wersji pirackiej jako plik uadio przegrywany z kasety na kasetę. Nic więc dziwnego, że z uwagi na mniej czy bardziej przypadkową zbieżność tytułów, produkcja została uznana za komputerową wersję filmu ze Schwarzeneggerem! I wierzcie mi, nikomu nie przeszkadzało, że grę z filmem łączy tylko astronomiczna liczba wystrzelonych pocisków. Choć nawet tytułowy screen w żaden sposób nie nawiązywał do filmu, wszyscy w prowadzonej przez nas kupeczce pikseli widzieliśmy Arnolda!

I inne…

Egranizacji i gier inspirowanych luźno filmowymi hitami powstało wówczas wiele. Nie tak dawno pisałem chociażby o produkcjach osadzonych w realiach Gwiezdnych Wojen. Wszystkie te tytuły, nawet jeśli były zwykłym skokiem na kasę, miały wyrównany poziom, oferowały porządną jak na ówczesne czasy grywalność i skutecznie pobudzały naszą wyobraźnię. Gdzieś po drodze, niestety, zgubiliśmy ten klimat, odwracając się bezkrytycznie w stronę fotorealizmu, który… Cóż, zobaczcie sami…