Ciekawostki technologiczne

Serce zabiło mi mocniej. Taka hulajnoga to jak czołg na (czterech!) kołach

Jakub Szczęsny
1

Gdybym mógł wybrać między hulajnogą elektryczną, a rowerem elektrycznym - zawsze brałbym ten drugi. Głównie dlatego, że dotychczas brakowało ultrapancernych hulajnóg w stylu karykaturalnych, ciężkich i potężnych fatbike'ów. No, to teraz już nie powinienem odczuwać takich deficytów - hulajnogi od Dragonfly mają nie dwa, a cztery koła, duże wyświetlacze 3,5 cala i konstrukcje z włókna węglowego. I wyglądają przekozacko.

Pierwszy raz serce zabiło mi tak szybko jedynie na widok hulajnogi elektrycznej. Dotychczas musiałem po prostu przejechać się takim sprzętem, by odczuć większe emocje. Teraz czuję się, jakbym po prostu się zakochał. Producent nazywa je nie "scooters", a "hyperscooters", arbitralnie tworząc nową klasę sprzętów na rynku - jednak uważam, że robi to zupełnie zasłużenie. Bo ja - szczerze - uważam, że to nie są hulajnogi elektryczne, a hiperhulajnogi. Albo ewentualnie - superhulajnogi. Hulajnogi na sterydach. Ich ogromną zaletą będzie najpewniej to, że będą bardziej stabilne niż ich odpowiedniki z tylko dwoma kółkami. No i nabiorą też nieco bardziej terenowego charakteru - nikt nie będzie się dziwił, że bierzecie je na bezdroża.

Istnieją dwie wersje Dragonfly HyperSctooter - miejska DF i terenowa DFX. Wyposażone są w system sterowania przechyłem, który angażuje wszystkie cztery koła jednocześnie by zapewnić kierującemu pełną stabilność, przyczepność i kontrolę nad torem jazdy. Obydwa modele korzystają z dziesięciocalowych opon z gładkim i terenowym bieżnikiem - rzecz jasna w zależności od wersji. Konstrukcje wspierane są przez pierwszy na rynku system zawieszenia oparty na dobrze znanych z aut wahaczach, amortyzatorach i przegubach. Taka konstrukcja jest wręcz wymuszona z powodu charakteru tych hulajnóg. Wszystko to połączone jest z platformą wykonaną z włókna węglowego. Producent uważa, że dzięki temu sprawdzą się one nie tylko w trudnych warunkach, ale i w zupełnie sterylnych warunkach miejskich.

Zdublowane koła to również konieczność "zdublowania" silników: za napęd odpowiadają dwa silniki elektryczne o mocy 550W - każda z konstrukcji jest w stanie rozpędzić się do około 40 km/h. To już naprawdę sporo - ze względu na regulacje w Unii Europejskiej, na pewno zostanie nałożone ograniczenie: moc będzie obcinana po tym, jak osiągnie limit. Nie wyobrażam sobie jechać tak szybko - nawet, mimo większej stabilności. Co bardzo ważne: hulajnogi będzie można zabezpieczyć przed niepowołanym dostępem: czterycyfrowy PIN pozwoli na całkiem mało inwazyjne utrudnienie kradzieży sprzętu. Ciekawym gadżetem jest głośnik, który ma imitować dźwięki innych pojazdów - by ostrzec innych użytkowników dróg o zbliżającym się "potworze". Pełni również funkcję klaksonu.

Ile to kosztuje? Cóż, to jest największy problem. W zależności od modelu - zapłacimy za taką hulajnogę 1850 lub 2200 dolarów. Czyli prawie 11 tysięcy złotych za hulajnogę - potwora, która da nam sporo frajdy. Przy niekorzystnej sytuacji złotówki będzie to raczej coś w okolicach 15 tysięcy złotych za najbardziej "dopasiony" model. Cóż - za dużo. Od dzisiaj mam nowe marzenie: przynajmniej przejechać się taką hulajnogą.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu