49

Donald Trump bierze się do pracy – firmy produkujące poza USA straszy bolesnymi podatkami

Kurz po wyborczej batalii w USA zdołał całkowicie opaść, ludzie nie zastanawiają się już czy Hillary Clinton trafi do więzienia, jak wcześniej zapowiadał Donald Trump, lecz obserwują poczynania prezydenta-elekta np. na polu ekonomicznym. Przecież to głównie obietnice zmian w gospodarce przysporzyły kandydatowi Republikanów miliony wyborców, robotników, którzy boją się o miejsca pracy, małych przedsiebiorców, którzy nie chcą walczyć o przetrwanie w dzisiejszych realiach biznesowych. Zwycięzca wyborów udowadnia, że pamięta o swoich obietnicach. Ciekawe, co z tego wyjdzie...

Donald Trump w weekend umieścił na Twitterze serię wpisów, które mogą przerazić część biznesu w USA:

The U.S. is going to substantially reduce taxes and regulations on businesses, but any business that leaves our country for another country, fires its employees, builds a new factory or plant in the other country, and then thinks it will sell its product back into the U.S. without retribution or consequence, is WRONG! There will be a tax on our soon to be strong border of 35% for these companies wanting to sell their product, cars, A.C. units etc., back across the border. This tax will make leaving financially difficult, but these companies are able to move between all 50 states, with no tax or tariff being charged. Please be forewarned prior to making a very expensive mistake! THE UNITED STATES IS OPEN FOR BUSINESS.

Brzmi poważnie, prawda? Postawcie się teraz w roli Tima Cooka, szefa Apple, który czyta takie zapowiedzi. Z jednej strony firma sprzedaje masę sprzętu w USA, z drugiej produkuje go głównie poza granicami własnego kraju, polega m.in. na chińskich partnerach. Zresztą, dla CEO Apple to pewnie nie jest niespodzianka. Podobne zapowiedzi słyszał podczas kampanii wyborczej, krótko po niej świat dowiedział się, że prezydent-elekt rozmawiał już z szefem amerykańskiego giganta i przekonywał go, że firma z Cupertino powinna postawić w USA fabrykę. A najlepiej kilka fabryk. Teraz staje się jasne, że jeśli do tego nie dojdzie, to Apple dostanie kijem? Niekoniecznie – jest też marchewka.

Nowa administracja obiecuje np. bonusy podatkowe dla firm, które zdecydują się zostać w USA lub wrócić do tego kraju z produkcją. Przykładem Carrier, producent grzejników i klimatyzatorów. O tym biznesie zrobiło się głośno już wcześniej, był wykorzystywany w kampanii jako reprezentant uciekających przedsiębiorstw: w planach było zamknięcie dwóch fabryk w USA i przeniesienia produkcji do Meksyku, ale po interwencji Trumpa i jego świty kilkaset miejsc pracy ma być utrzymane. Urok osobisty nowego prezydenta? Możliwe, lecz swoje zrobiły też ulgi – Carrier „dostał” od władz kilka milionów dolarów za pozostanie w USA.

Taki ruch z pewnością nie spodoba się wszystkim Amerykanom. Część społeczeństwa wyznająca zasady ostrego kapitalizmu nie będzie popierać dotowania firm z publicznych pieniędzy. A już z pewnością nie w celu utrzymania miejsc pracy. Przecież to stwarza niebezpieczny precedens – teraz każdy wyciągnie rękę i powie: albo dostaniemy ulgi albo wynosimy się z USA. Zrobią to nawet przedsiębiorstwa, które wcześniej nie zamierzały się wyprowadzać. Skąd brać na to wszystko kasę? W odpowiedzi ktoś stwierdzi, że z opodatkowania firm produkujących poza Stanami, z podatku, o którym napisał Trump.

To faktycznie brzmi nieźle, ale zastanawiam się, ile korporacji rzeczywiście go zapłaci. Czy Apple, które postawi w Nevadzie jeden zakład nadal będzie „prześladowane”? Może to pozwoli mu uniknąć wysokich podatków i jeszcze przyniesie jakieś profity? Znowu okaże się, że zyskają wielkie firmy, potężny biznes, a nie szary człowiek. Trzeba pamiętać o jednym: wybudowanie fabryki w USA nie oznacza jeszcze, że pojawią się w niej setki czy tysiące miejsc pracy. Przecież postępuje robotyzacja. Do tego nie muszą to być etaty dobrze płatne. Społeczeństwo rzeczywiście zyska, jeśli pojawią się tysiące miejsc pracy za najniższą stawkę godzinową, narażone na likwidację w ciągu kilku-kilkunastu kolejnych lat?

Sytuacja za Oceanem jest naprawdę ciekawa. Donald Trump musi się wykazać przed milionami wyborców, jednocześnie nie będzie pewnie chciał zadzierać z wielkim biznesem. Jego kroki będą też kontrolować urzędnicy, sądy oraz porozumienia międzynarodowe – przecież nie posiadł władzy absolutnej. Działanie w realu może być trudniejsze, niż rzucanie hasłami na Twitterze…