Felieton Jana Rychtera pochodzi z najnowszego jeszcze nie opublikowanego numeru Proseed Magazine. Premiera nowego numeru w przyszłym tygodniu Przy tworzeniu oprogramowania często okazuje się, że terminy gonią, klienci czekają, a tu nagle pojawia się droga „na skróty”. Można skończyć pracę szybciej używając rozwiązań skleconych na kolanie. Napisać brzydki i trudny w utrzymaniu kod, którego jedyną […]

Felieton Jana Rychtera pochodzi z najnowszego jeszcze nie opublikowanego numeru Proseed Magazine. Premiera nowego numeru w przyszłym tygodniu

Przy tworzeniu oprogramowania często okazuje się, że terminy gonią, klienci czekają, a tu nagle pojawia się droga „na skróty”. Można skończyć pracę szybciej używając rozwiązań skleconych na kolanie. Napisać brzydki i trudny w utrzymaniu kod, którego jedyną zaletą będzie to, że działa dziś. Można nie stworzyć nie przygotować testów, oszczędzić na dokumentacji, zastosować rozwiązanie, o którym wiadomo, że będzie do wymiany.

Skorzystanie z takiego skrótu oznacza zaciągnięcie długu technologicznego. Termin ten wprowadził Howard G. „Ward” Cunningham (twórca pierwszego wiki). Dług technologiczny zaciągamy, gdy budujemy technologię na skróty, wiedząc że będzie trzeba w przyszłości do tego miejsca wrócić i wykonać pracę jeszcze raz. Gdy dotyczy to pojedynczych funkcji w kodzie, dług jest niewielki. Gdy jednak mówimy o decyzjach architekturalnych, może być olbrzymi i pociągać za sobą konieczność przerabiania kiedyś całych systemów.

Teraz pytanie: ile długu technologicznego firma powinna w danym momencie mieć? Gdyby zapytać kompetentnych informatyków — zero. Dumni z tego co robią, nie chcą pozwalać na skróty. Chcieliby dostarczać perfekcyjnie działające, udokumentowane systemy z kompletem testów, niczego nie odkładając na później. Zero kompromisów.

Gdyby spytać handlowców, zajmujących się sprzedawaniem gotowych rozwiązań, okazałoby się, że dług technologiczny w ogóle ich nie interesuje. Niech będzie dowolnie duży, byle mogli wcześniej mieć sprzedawalny produkt.

Prawda leży pośrodku: dług technologiczny, podobnie jak dług finansowy, jest normalnym elementem firmy i powinno się nim, podobnie jak finansami, zarządzać. Jest to szczególnie istotne w małych firmach, które ścigają się z czasem i walczą o przetrwanie.

Firm typu start-up nie wolno prowadzić z zerowym długiem technologicznym. Aby firma przeżyła i się rozwinęła, musi mieć przychody, do czego niezbędny jest produkt. Warto więc pójść nieco na skróty by pojawienie się produktu przybliżyć.

Drugim powodem jest to, że w start-upie nie wiemy czy to, co budujemy, jest faktycznie komukolwiek potrzebne, zanim tego nie sprzedamy. Owszem, są plany, wizje i głęboka wiara, ale potwierdzeniem, że kierunek jest dobry są dopiero klienci. Jeśli więc budujemy idealnie, bez długu technologicznego, to może się okazać że mamy perfekcyjny produkt, za który nikt nie zapłaci. Zmiany kierunku, które są przewagą start-upów, nagle stają się wtedy bardzo drogie.

Trzeci powód to technologia. W innowacyjnych projektach trudno na początku wybrać odpowiednią architekturę. Może się okazać, że perfekcyjnie zbudowaliśmy system, który nadaje się tylko do gruntownego przerobienia.

Umiejętne zarządzanie długiem technologicznym jest w młodych firmach równie ważne, co zarządzanie finansami. Nie może stać się za duży, ale nie powinien też być zerowy.


Proseed to miesięcznik dla startupów oraz funduszy wczesnego inwestowania i Venture Capital wspierający budowanie przewagi konkurencyjnej oraz tworzenie i wykorzystanie wartości firmy technologicznej.

Zarejestruj się na proseedmag.pl, aby otrzymać informację o publikacji nowego numeru.