0

Diaporama – zapomniana sztuka multimediów (część II)

Nazywano ją dzieckiem fotografii i filmu. Rozwinęła się w Europie w połowie lat 70 jako twórcza inicjatywa fotoamatorów. Podobno narodziła się we Francji. Diaporama, bo o niej tu mowa, była zarazem jedną z pierwszych multimedialnych form artystyczno-użytkowych, jakie pojawiły się w Polsce. Choć lata całe bliska była śmierci, dziś odradza się w wersji cyfrowej! Część […]

Nazywano ją dzieckiem fotografii i filmu. Rozwinęła się w Europie w połowie lat 70 jako twórcza inicjatywa fotoamatorów. Podobno narodziła się we Francji. Diaporama, bo o niej tu mowa, była zarazem jedną z pierwszych multimedialnych form artystyczno-użytkowych, jakie pojawiły się w Polsce. Choć lata całe bliska była śmierci, dziś odradza się w wersji cyfrowej!

Część I tutaj.

Kino i fotografia przetrwały, ba, nawet zyskały, wchłaniając nowe technologie. Diaporama, uważana ich połączenie, przetrwała także, choć w Polsce znacznie straciła na znaczeniu. Utrzymały się co prawda inne konkursy, jak chociażby Pomorskie Spotkania z Diaporamą, jednak sama sztuka straciła swój prestiż, stając się formą znaną i preferowaną tylko w zamkniętych środowiskach twórczych. Lubiński konkurs, do dziś uważany za największą i najbardziej znaczącą imprezę diaporamy w Polsce, promującą nowiny techniczne i artystyczne, nigdy nie został przywrócony do życia.

Z przykrością trzeba stwierdzić, iż tak negatywny skutek masowego pojawienia się mediów zaradczych był widoczny przede wszystkim w Polsce. Mała elastyczność rodzimych twórców, nieumiejętność łączenia technik i brak prób wykorzystania nowych technologii w klasycznych dziedzinach sztuki spowodowała, iż diaporama znalazła się w swoistym getcie. Wielu pasjonatów fotografii odeszło od coraz droższej techniki diapozytywowej na rzecz wideo.

Tymczasem rozwój nowych mediów zaczął diaporamie sprzyjać. W połowie lat 90. w zasadzie powszechną stała się technika digitalizacji odbitek fotograficznych i diapozytywów poprzez skanowanie, a nowy, XXI wiek dał nam fotografię cyfrową – i to już nie jako niedoskonałą w swych efektach zabawkę, lecz potężne narzędzie, po które sięgają profesjonalni twórcy.

Okoliczności te wykorzystali diaporamiści za granicą, reaktywując tę formę sztuki w jej cyfrowej formie. W naszym kraju transformacja taka pozostała jednak problemem. Sławomir Fiebig, wybitny i wciąż zaskakująco aktywny diaporamista polski napisał znamienne słowa: „nie można wciąż urządzać imprez diaporamowych w taki sposób, jak byśmy dalej żyli za żelazną kurtyną”. Wskazał on na pilną potrzebę skonfrontowania twórczości diaporamistów polskich z tym, co robi się w tej dziedzinie na świecie.

A za przykład tego, co robi się w świecie, niech posłużą nam Niemcy. Istnieje tam wyraźny podział na diaporamistów zajmujących się tą twórczością hobbistycznie (w dużej części emerytów) i profesjonalistów traktujących to zajęcie zawodowo. Ci ostatni organizują swoje pokazy w dużych, wynajmowanych salach i utrzymują się ze sprzedanych biletów (w Niemczech oglądanie takich spektakli jest dość popularne). Obie grupy łączy jedno – coraz częstsze wykorzystywanie technologii cyfrowych.

Dla przykładu w maju 2005 roku odbyło się w okolicach Düsseldorfu piąte już z kolei, międzynarodowe spotkanie DIA-FEST af dem Lande (Święto diaporamy na wsi). Uczestnicy mieli możliwość obejrzenia zestawów przygotowanych przez autorów z Niemiec, Austrii, Szwajcarii, Holandii i Polski, bowiem nasz honor ratować próbował między innymi wspomniany Sławomir Fiebig.

Podczas imprezy używano zamiennie tradycyjnego, ale zautomatyzowanego, czterorzutnikowego zestawu do projekcji przeźroczy, oraz wysokiej klasy rzutnika cyfrowego podłączonego do komputera. Tylko 37% prac pokazywano w postaci slajdów – pozostałe w wersji cyfrowej. To ważna informacja, bowiem dzięki nowym technologiom diaporamę można rozpowszechniać w postaci płyty CD i DVD, co daje artystom niespotykane wcześniej możliwości popularyzacji i archiwizacji swojej twórczości oraz sposobów jej wykorzystania (na przykład w telewizji).

Doskonałym tego przykładem jest największa chyba przygoda artystyczna wspomnianego diaporamisty. Kiedy parę lat temu Jean-Michael Jarre spotkał się w Gdańsku ze swoimi fanami, wśród ludzi stojących w kolejce po autograf był właśnie Sławomir Fiebig. W zamian za podpis przekazał Jarre`owi płytę DVD z zapisem swojej diaporamy „Zatrzymane zmiany Polska 1981”. Muzyk, nota bene pochodzący z kraju będącego ojczyzną diaporamy, postanowił wykorzystać ją do zilustrowania jednego z utworów. W efekcie diaporamę Fiebiga, w wersji z podkładem dźwiękowym granym na żywo przez Jarre’a, obejrzało na trzech ogromnych ekranach około 25 tysięcy zaproszonych na próbę generalną osób i ponad 100 tysięcy widzów słuchających koncertu głównego, o telewidzach nie wspominając.

Diaporama żyje – to nie ulega wątpliwości. Stykamy się z nią codziennie, choć rzadko zdajemy sobie z tego sprawę. Forma ta, choć najczęściej pozbawiona swej nazwy, z powodzeniem funkcjonuje w świecie biznesu. Większość bowiem prezentacji multimedialnych, o ile pozbawione są one animacji, spełnia wymogi stawiane diaporamie. Mniejsze stacje telewizyjne wciąż emitują diaporamy reklamowe. W sieci Internet krążą miliony prezentacji fotograficznych stworzonych przy użyciu programu MS PowerPoint – większość z nich to typowe diaporamy. Świadomość tak wielkiej powszechności techniki, której imienia zapomniano, każe zastanowić się nad możliwością reaktywacji jej artystycznej formy w Polsce, bowiem przykłady z całego świata udowadniają dobitnie, iż formuły tej nie należy uznawać za wyczerpaną – szczególnie w obliczu faktu, jak ważną dziedziną kultury i sztuki pozostaje fotografia…