10

Nie, Contra wcale nie była trudna. Tylko za mało w nią grałeś

Wiecie, kiedyś Contra również była dla mnie cholernie trudna. Wiecie, każdorazowy kontakt z wrogim pociskiem, czy z wrogiem w ogóle kończy się w tej grze z natychmiastowym zejściem śmiertelnym. Do tego jeszcze mnóstwo nieprzyjaznych platform i bossowie... których można szybko wyeliminować z planszy. Jak gra się w Contrę? Czy rzeczywiście to taka trudna gra? Nie powiedziałbym, choć zdarzało się, że dosłownie łamałem na niej pady na czole.

Contra opowiada o przygodach dwójki komandosów, którzy zostali wysłani na tajemniczą wyspę, na której rządzi grupa terrorystyczna Red Falcon. Ta czci kosmicznego najeźdźcę jak bożka – pozwalając mu na ekspansję, która następnie zaowocuje objęciem całego globu. Nie można do tego dopuścić. W zależności od wersji lokalizacyjnej mieliśmy do czynienia z różnymi wersjami (Gryzor, Probotector) i walczyliśmy z robotami lub mieliśmy okazję zapoznać się z przerywnikami między poziomami. Nieco zmienione były też wystroje plansz. Skupmy się jednak na „oryginale”, który zna każdy z nas.

Czytaj również: Czym jest Ethereum? To warto wiedzieć o tej kryptowalucie

Kuba gra w Contrę. Nie obyło się bez potknięć, ale…

Ale coś tam pograłem. Na pewno nie jest to poziom speedrunnerów, którzy są w stanie zrobić cuda w trakcie ogrywania tego tytułu. Serio, chylę nad nimi czoła. O to, co mnie udało się zrobić:

Wybaczcie za marny dźwięk, nie miałem niestety przy sobie „roboczego” mikrofonu

A teraz dla porównania to, co robią prawdziwi mistrzowie. Ani jednej skuchy, ani jednego zagapienia się. Tylko bieg, bieg i jeszcze raz bieg. Potrafilibyście tak? Ja zdecydowanie nie.

Czytaj również:

Contra grą trudną nie była. Dlaczego nie była? Bo…

Bo nie była. Szczerze, jeżeli nauczycie się, skąd mogą na Was napadać wrogowie, jakie wieżyczki należy strącać w pierwszej kolejności, do kogo i w jaki sposób pruć i co najważniejsze – jak rozprawiać się z ostatecznymi bossami, będziecie w stanie przejść Contrę bosą stopą. Nie wiem, skąd wziął się mit niemożebnie trudnego tytułu jakim jest Contra. Owszem, kiedy człowiek miał malutkie paluszki i nie bardzo był w stanie trafiać w niewielkie guziczki: zgadzam się. Tu mógłby być problem. Ale dla tak starego byka jak ja, dużego problemu nie ma. A bierzcie pod uwagę fakt, iż w Contrę „trzaskałem” po jakimś czasie, bez szczególnego treningu. Ot, zmapowałem jedynie klawisze w Nestopii tak, aby było mi wygodnie. Do końca idealnie nie było, bo okazało się dziwnym trafem, że jeżeli autofire działa, to jedynie na słowo honoru. A w taktyce, która oznacza bezpretensjonalne prucie ze spreadguna… jest to nieodzowne.

Odniosę się również do czasów, którymi rządziły konkretne realia. Pamiętam swąd jarających się zasilaczy i ganiającego wokół gniazdka ojca, którzy darł się, że to „k…two się zaraz spali”. Trzeba było gonić „do ruskich” po nowy. Ja cieszyłem się z tego, że zawsze z takiego wypadku mogłem wydębić kolejny kartridż do ogrania. Tak trafiłem na przykład na KickMastera, którego opisywałem w podlinkowanym tekście. Uwierzcie mi, że to również kawałek świetnie napisanego kodu.

Ach, ta nostalgia…

Te czasy już na pewno nie wrócą. Raz na jakiś czas powracam do starych gier na emulatorach i za każdym razem… to nie jest to samo. To nie jest ten pokoik, w którym stał kolorowy, radziecki telewizor, a obok niego klon Famicoma. To nie są te dżojstiki oraz nie ten śmierdzący zasilacz. Szkoda. Dzisiaj nad emulowaniem gry trzyma piecze jedynie bezduszna maszyna, która tylko udaje, że jest NES-em / Famicomem. Ale cóż, innej opcji nie ma. Swojego Pegasusa sprzedałem jak na tamte czasy ze bezcen. Oryginały w dobrym stanie potrafią kosztować mnóstwo pieniędzy. Nie inaczej jest z unikatowymi kartridżami.

To jak? Contra była trudna, czy nie?

A wiecie, zależy dla kogo. Brzdąc, który dopiero co dorwał dżojstik i chce sobie ponaparzać do wrogów, będzie mieć problem z takim skoordynowaniem ruchów, które pozwoli mu szybko uniknąć pocisków przeciwników. Sami zobaczycie – i na moim nagraniu i na nagraniu profesjonalistów, że to czasami karkołomne zadanie. Niemniej, warto mieć na uwadze fakt, iż trening czyni mistrza – ja kiedyś naprawdę łamałem czołem pady od tej konsoli i uwielbiałem wręcz „naparzać” do wszystkiego, co się rusza. Niepowodzenia powodowały brzydkie wiązanki i w najlepszym razie taktyczny rzut padem o podłogę. „Bo ja nie będę już w to g…o grał, trudne jest”. Ice Climbera sobie włączę. Albo Super Mario Bros.

A w sumie, wiecie, że SMB nigdy nie ukończyłem? Ten ostatni labirynt nie tyle mnie gubi, co po prostu irytuje.

Pochwalcie się, czy macie w domach jeszcze jakieś super-retrokonsole. Bywajcie zdrowi!