Google

Co daje mi Doodle

MS
Maciej Sikorski
6

Doodle znacie pewnie wszyscy - to krótkotrwała zmiana logo najpopularniejszej na świecie wyszukiwarki. Jednym razem to tylko obrazek odsyłający do jakiejś informacji, zazwyczaj zamieszczonej w Wikipedii, kiedy indziej można trafić na animację czy nawet interaktywną zabawę, np. grę. Doodle nie pojawi...

Doodle znacie pewnie wszyscy - to krótkotrwała zmiana logo najpopularniejszej na świecie wyszukiwarki. Jednym razem to tylko obrazek odsyłający do jakiejś informacji, zazwyczaj zamieszczonej w Wikipedii, kiedy indziej można trafić na animację czy nawet interaktywną zabawę, np. grę. Doodle nie pojawiają się codziennie, nie działają też w sztampowy sposób. Za to je lubię, tego gratuluję Google.

Kolejny dzień w pracy, kolejny Doodle - okazuje się, że jego bohaterką jest Inge Lehmann. Nazwisko niewiele mówi. Pierwsze skojarzenie: upadły bank inwestycyjny. Ale tam było jedno "n" na końcu nazwiska. Kim zatem była Inge? Szybka wycieczka ścieżką skonstruowaną przez Google i dowiaduję się, że naukowcem. Jej wkład w rozwój sejsmologii, badania nad budową Ziemi był spory. Czytając te informacje w głowie zaczyna już coś świtać - to nazwisko pojawiało się w podręczniku z geografii na grafikach prezentujących przekrój naszej planety. Pojęcie "Nieciągłość Lehmann" było wbijane do głowy, ale...

Ale z lenistwa człowiek nigdy nie sprawdził skąd ta nazwa: ot, jest takie pojęcie, nieciągłość prawdopodobnie występuje tam i tam, spełnia taką i taką rolę. A nazwa? Jest i już. Teraz wiem, że pochodzi od nazwiska Dunki, która żyła ponad sto lat, działała w czasach, gdy zbyt wiele pań nie zajmowało się nauką, przynajmniej nie na takim poziomie, a uczyła się m.in. w szkole prowadzonej przez Hannę Adler, ciotkę Nielsa Bohra. I szkoła i pani Adler muszą być ciekawymi tematami, które warto poznać.

Rano, po zapoznaniu się z tymi informacjami, stwierdziłem, że Doodle to naprawdę świetna rzecz. Z ciekawości sprawdziłem, w jakim kontekście wątek pojawiał się na AW. I okazało się, że kiedyś motyw był u nas ganiony. Filipowi nie podobało się to, co ja uznaję za największą zaletę: pokazywanie postaci, zdarzeń czy wynalazków, które nie są powszechnie znane. Jasne, pojawiają się nazwiska typu Einstein, Lennon czy Vivaldi, ale obok nich znajdziemy też jednostki, o których przeciętny zjadacz chleba, taki jak ja, nigdy nie słyszał. I nie szukałby ich w odmętach Internetu, nie szperałby w Wikipedii. Bo niby jak? Można wpaść przypadkiem, ale innej drogi nie ma w dzisiejszym natłoku informacyjnym.

Tu pojawia się instytucja Doodle, która raz na jakiś czas wyciągnie mniej znaną postać i pokaże przeciętnemu Internaucie, że nauka nie kończy się na nazwiskach Hawking i Newton. Byli i są inni, czasem mniej zasłużeni, zupełnie zapomniani, ale zasługujący przynajmniej na kilka linijek tekstu do porannej kawy. Nierzadko poświęcali jakiemuś zagadnieniu całe swoje życie i nie mieli lekko. I nie zamierzam w tym miejscu dyskutować, czy Google nie przesadza z promowaniem kobiet w Doodle w ramach politycznej poprawności. Równie dobrze mógłbym spytać, dlaczego w podręczniku z geografii nie było wyjaśnione, skąd ta nazwa.

Niech Google nadal "naucza", zachęca do szukania informacji i promuje mniej znane osoby. I oby nie przesadzili z częstotliwością "dudlowania", bo to mogłoby zaszkodzić zabawie, stałaby się zbyt powszednia i pewnie ubyłoby klików. Jednocześnie liczę oczywiście na gry i zabawy - ostatnio dowiedziałem się od Google, że jestem mamutem. Kto wie, co jeszcze wypłynie przy okazji klikania w zmienione logo...

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy:

Googlenaukadoodle