16

O tym czy mogą wejść do sklepu albo pojechać metrem decyduje algorytm. Ten system oparty na kodzie QR brzmi jak horror

O inwigilacji w Chinach rozprawia się już od lat. I jeżeli mam być szczery, to za każdym razem czytając o poziomie kontroli który tam obowiązuje oraz nowych pomysłach na wykorzystanie technologii w tym aspekcie — doskonale rozumiem obawy. Ba, powiem więcej — podzielam obawy tych, którzy obawiają się o inwigilację mieszkańców Państwa Środka. Ale sytuacje kryzysowe, takie jak szalejący koronawirus, nie pomagają w zmniejszeniu tej kontroli. A wręcz przeciwnie: działają w zupełnie drugą stronę. Pomagają na zaimplementowanie nowych rozwiązań, które z jednej strony faktycznie mają szansę ochronić mieszkańców, z drugiej... dają większe pole do manewru w kwestii ich kontrolowania.

Zobacz też: Dzięki nowym technologiom nastanie komunizm. W końcu…

Kod QR który określa zdrowie użytkowników. To od niego zależy, co będą mogli zrobić

Kilka dni temu chiński rząd wprowadził nowe oprogramowanie, w ramach którego kod QR jest określeniem… stanu zdrowia użytkownika. Alipay Health Code może wyświetlić się w trzech kolorach: zielonym, żółtym i czerwonym. Pierwszy nie wiąże się z żadnymi ograniczeniami: użytkownik ma dostęp do wszystkich usług w mieście, może chodzić do pracy i korzystać z transportu publicznego. Żółć nakłada już pewne ograniczenia: wiąże się z tym, że jego użytkownik mógł mieć kontakt z koronawirusem (np. wrócił z podróży) — i przez siedem dni nie powinien był wychodzić z domu. Czerwony kod QR oznacza, że jego właściciel powinien trafić na dwutygodniową kwarantannę. Oczywiście nie ma mowy, by mógł w tym czasie skorzystać z transportu publicznego czy nawet wejść do centrum handlowego. Użytkownicy AliPay Health Code proszeni są o zeskanowanie ich przed wejściem do wielu miejsc publicznych.

System został wprowadzony sprawnie i obecnie działa już w dwustu chińskich miastach. Rzecz jasna: jest obowiązkowe jest jego posiadanie, bo tylko w ten sposób można sprawować w miarę sprawną kontrolę nad mieszkańcami. Nie jest też żadną tajemnicą, że oprogramowanie to korzysta z big data i… system sam decyduje o kolorze, który przydziela użytkownikowi. Komputer może wiedzieć lepiej czy dany użytkownik mógł mieć kontakt z osobą zakażoną, przez co prewencyjnie może zmienić mu kolor z zielonego na żółty.

Jak jednak zauważają eksperci, ani chińskie władze ani autorzy aplikacji nie zdradzają szczegółów tego, na jakiej konkretnie podstawie system klasyfikuje poszczególne osoby. Według dziennika New Jork Times informacje podane w ramach aplikacji służą nie tylko monitorowaniu zdrowia Chińczyków, ale także przekazywane są policji, która otrzymuje m.in. dane dotyczące lokalizacji użytkowników. A to – zdaniem specjalistów – może być kolejnym krokiem chińskiego rządu do wprowadzenia na dużą skalę zautomatyzowanego systemu inwigilacji społeczeństwa, przy okazji walki z epidemią koronawirusa

— czytamy we wpisie poświęconemu systemowi na stronie PAP.

Wszystko to w imię ochrony, wiadomo

Od lat widzimy jak rządy całego świata w imię ochrony obywateli instalują kolejne systemy. Stąd tyle monitoringu gdzie tylko się da. Stąd coraz bardziej skomplikowane procedury lotniskowe. I trudno mi powiedzieć, że to coś złego: bo nie, absolutnie tak nie uważam. Ale przez te niewygody z nimi związane, chciałbym, by były przejrzyste i efektywne. Kto lata, ten wie, że często kontrole lotniskowe są farsą: pracownicy robią problemy o nieistotne rzeczy, a przepuszczają przedmioty stanowiące dużo większe zagrożenie.

Regularnie mówi się o tym, że to właśnie kryzysowe sytuacje — takie jak koronawirus — wykorzystywane są do zwiększania inwigilacji i nakładania nowych warstw pozwalających na kontrolowanie obywateli. I w czasach, kiedy systemy monitoringu połączone z rozbudowaną bazą rozpoznawania twarzy (i nie tylko — bo przecież w tłumie łatwiej kogoś zidentyfikować po ruchu ciała) są w stanie zadziałać nawet gdy użytkownicy noszą maseczki, zaczyna wyglądać to niepokojąco. Nagle nawet te najczarniejsze scenariusze rodem z opowieści sci-fi stają się wyjątkowo bliskie rzeczywistości. Mam nadzieję, że do historii rodem z Impersonalnych (ang. Person of Interest) jeszcze nie dotarliśmy.