38

Gry będą droższe, ale bywało JESZCZE drożej. Teraz trudno mieć do kogokolwiek pretensje

snes pad
Od kilku dni gracze — zarówno w Polsce, jak i zagranicą — mocno debatują na temat rzekomej podwyżki cen gier. Podstawowa cena produkcji AAA miałaby wzrosnąć aż o 17% — z 60 dolarów, na 70 dolarów. Nie da się ukryć, że to spora podwyżka — ale im więcej czytam na ten temat, tym mam większy mętlik w głowie. Przyglądam się tym dyskusjom — widzę argumenty każdej ze stron i zastanawiam się czy gracze powinni w ogóle mieć do kogokolwiek pretensje. Bo jeśli tak, to — moim zdaniem — wyłącznie do samych siebie.

Gracze pretensje mogą mieć tylko do siebie. Te wszystkie piękne widoki kosztują — a twórcy (i wydawcy) muszą to sobie odrobić

Jestem jednym z tych, którzy mimo iż ogrywają nowe, piękne, produkcje — najbardziej dają się wciągnąć tym znacznie prostszym formom. Od zawsze na pierwszym miejscu pozostaje dla mnie rozgrywka, więc nawet najpiękniejsze wirtualne światy nie przekonają mnie do siebie tak długo, jak nie zaoferują czegoś w tym aspekcie. Niestety — dla mnie lwia część gier AAA to taki blockbusterowy, hollywoodzki, film — wydmuszka z efektami, bez treści. Najlepsze historie w grach jakie poznałem to były te przeczytane w tekstówkach i rozmaitych przygodówkach — nie produkcjach AAA, a Tetris wciąż jest dla mnie wzorem gry doskonałej, która mimo upływu lat się nie starzeje (chociaż Tetris Effect udowodniło, że może być ona dużo piękniejsza niż jej wersje z MS-DOS czy NESa). Ale to właśnie te produkcje AAA są najpopularniejsze. To one rozbudzają wyobraźnię, to one napędzają branżę, ale także: to one kosztują. Te wszystkie modele, te światła, te tekstury, do tego wiele godzin aktorów użyczających głosu — no i swojego wizerunku. Nad dużymi grami pracują teraz ekipy liczące sobie nawet po kilkaset osób — nowy Assassin’s Creed: Valhalla to tytuł nad którym pracuje aż piętnaście studiów (!) Ubisoftu. Piętnaście! A każde z nich to nie tylko sprzęt i wiedza dla dziesiątek pracowników, ale także cała reszta. Cały ten proces to nie są dwa czy trzy miesiące — to wiele lat ciężkiej pracy nawet po kilkanaście godzin dziennie. Chcemy realistycznych światów: rozległych i nasyconych sztuczną inteligencją. Tam każdy element kosztuje.

Dlatego też, choć uważam że już teraz gry w pełnej cenie są drogie, trudno jest mi mieć pretensje do wydawców o podnoszenie cen. Chcemy ładniej, więcej, bardziej fotorealistycznie — i dostajemy to. Ale wszystko to ma swoją cenę, którą w końcu trzeba było ponieść — i wygląda na to że początek nowej generacji będzie początkiem podwyżek, a później… no cóż, nie wierzę, by było taniej. Szczęście w nieszczęściu, że te wszystkie popularne gry śmigają na rynku wtórnym i jako że większość z nich to przygoda na kilkanaście godzin — po tygodniu można je kupić nawet o połowę taniej z drugiej ręki. Z czego sam chętnie korzystam — po obu stronach barykady.

Będzie drogo, ale pamiętajmy że bywało… jeszcze drożej

Jeżeli gry przekroczą magiczną barierę 300 złotych — to będzie drogo. Ale w przeszłości nie brakowało gier, które w podstawowych (tj. nie kolekcjonerskich) wersjach kosztowały jeszcze więcej. Przykłady pierwsze z brzegu: Super Mario RPG i kultowy Chrono Trigger. Dwie wspaniałe gry RPG na konsolę Super Nintendo kosztowały 80 dolarów (+ podatek, czyli właściwie bardziej 90, a pewnie w niektórych stanach nawet więcej) — i to już w latach dziewięćdziesiątych (wydano je, kolejno, w roku: 1996 i 1995), kiedy wartość pieniądza była jednak trochę inna. Według kalkulatora inflacji — 80 dolarów w 1995 roku to równowartość dzisiejszych 134 USD! Auć! Trzeba mieć jednak na uwadze, że wówczas te koszta te wynikały nie tyle z kosztów produkcji samej gry (nad Chrono Trigger pracowało około 50 osób — przez ok. 2,5 roku), co… jej wydania. To był czas kiedy pamięci do kartridżów były koszmarnie drogie, co podnosiło koszta całości. Ale niewiele to zmienia dla graczy, którzy płacili — bo co im pozostawało?

Gry będą droższe, ale bycie graczem i tak jest tańsze niż kiedykolwiek

Nawet jeżeli cena gier w Polsce na premierę przekroczy próg 300 złotych, to i tak… bycie graczem będzie tańsze niż kiedykolwiek. Nikt nie zmusza nas do kupowania ich w dniu premiery — a wiele tytułów na solidne obniżki może liczyć nawet parę tygodni po starcie. Do tego mamy dziesiątki platform do naszej dyspozycji, grać możemy na wszystkim. Regularnie za grosze (a nawet za darmo) można zgarnąć fantastyczne tytuły — i to już nie tylko na komputery i smartfony, ale także konsole. A żeby było zabawniej, to sam złapałem się ostatnio na tym, że najwięcej czasu w tym roku poświęciłem grze free-to-play, w której od kilkunastu tygodni nie zostawiłem nawet złotówki, bo system monetyzacji jest tak sprawiedliwy.