Ciekawostki

Byliśmy w Hack Roomie, próbowaliśmy ocalić świat i…polegliśmy

PW
Paweł Winiarski
4

Escape roomy stają się coraz popularniejszą formą rozrywki. Kompletnie się temu nie dziwię - to, co przyciąga ludzi w grach przygodowych (lub survival horror), można przecież zasymulować w rzeczywistości, stawiając przed uczestnikiem wyzwania, które przypominają akcje znane z gier czy filmów. Odwiedziliśmy warszawski Hack Room i mimo pełnego zaangażowania, nie sprostaliśmy wszystkim zagadkom.

O znajdującym się na warszawskim Mokotowie Hack Roomie pisał niedawno Maciek. To ciekawe połączenie zabawy w stylu escape roomu i procesu rekrutacyjnego do firmy Daftcode. Można oczywiście spróbować tam po prostu wejść, wygrywając wejściówkę na stronie www.hackroom.io, gdzie czekać będzie na Was łamigłówka matematyczna. Sam Hack Room, poza rozrywką, ma natomiast pomóc w rekrutacji, pokazując jak kandydaci radzą sobie z kreatywnym rozwiązywaniem problemów.

Wybraliśmy się do Hack Roomu we trzech, żaden z nas nie jest z wykształcenia informatykiem, żaden nie przyznał się też do bycia orłem w zakresie matematyki. Można więc powiedzieć, że porwaliśmy się z motyką na słońce, szczególnie że otrzymaliśmy najtrudniejszy scenariusz, przeznaczony w dodatku dla pięciu osób. Naszym zadaniem było powstrzymanie wirusa, którym podstępny haker chciał wprowadzić chaos na świecie. Nie ma tu zagłębiania się w fabułę - kto, dlaczego - jest proste zadanie i bardzo trudna droga do jego zaliczenia. Nie chcę zdradzić żadnej z łamigłówek, by nie zepsuć Wam zabawy, nie spodziewajcie się więc po tej opowieści konkretów związanych z tą bohaterską misją.

Krótka ta godzina

Ustalono limit czasu - 60 minut. „Sporo” - pomyśleliśmy, okazało się jednak, że czas leciał szybko, często za szybko, szczególnie w sytuacjach, w których kompletnie nie wiedzieliśmy, co mamy zrobić. Nie będę ściemniał - sami nie daliśmy rady, w grach często wspominam, że „gdzieś się zaciąłem” i to chyba idealne określenie naszego pobytu w Hack Roomie. Nie ma oczywiście co rozkładać rąk i siadać w kąciku płacząc jak mała dziewczynka - jednak świadomość tego, że nie wiemy co dalej trochę przytłacza.

Nie było oczywiście tak, że staliśmy jak te trzy smutne kołki kompletnie nie wiedząc za co się zabrać. Fakt, gra w ogóle nie podpowiadała od czego powinniśmy zacząć - każdy z przedmiotów stanowiących zagadkę oznaczono specjalną naklejką z psem, często okazywało się jednak, że bez powiązania go z czymś innym, znaczek jest kompletnie nieprzydatny. Tu traciliśmy najwięcej czasu, tak naprawdę dopiero w ostatnich minutach wiedzieliśmy co się z czym łączy, dając jakiś efekt, który możemy wykorzystać.

Trzeba było zdawać na maturze matematykę, a nie historię

Nie mam zbyt dużego doświadczenia w escape roomach, tu doszły jeszcze zagadki typowo matematyczne. Polegliśmy na przeliczaniu z systemu dziesiętnego na binarny - niby wiedzieliśmy co i jak, musieliśmy jednak wykorzystać znaleziony diagram, który zamiast ułatwić, utrudnił nam zadanie. Gubiliśmy się w sytuacjach, w których uzyskana wcześniej informacja powinna być gdzieś wykorzystana - z tych całych emocji i główkowania po prostu o niej zapominaliśmy.

Nie obyło się bez podpowiedzi, o które musieliśmy poprosić. Jednak te nie były wcale oczywiste i dwa razy zamieszały nam w głowach jeszcze bardziej. Były chwile, kiedy byliśmy o krok od rozwiązania jakiegoś fragmentu łamigłówki, ale brakowało tej jednej myśli, która po chwili wydawała się oczywista. Niby to tylko zabawa, ale daliśmy się wkręcić i potraktowaliśmy wszystko bardzo poważnie. Każda rozwiązana zagadka była naszym osobistym sukcesem, po chwili jednak dochodziło do nas, że to tylko jeden mały element całości i wciąż jesteśmy w lesie (w sumie bardziej w tym, co przyszło Wam do głowy, ale nie wypada pisać takich słów). A momentami było naprawdę ciężko - tu jakaś znalezione słowo okazało się elementem logowania - ale którym i w którym z kilku komputerów? Trzeba kombinować, choć etapów logowania było kilka i pozyskane hasło czy nazwa użytkownika mogła zostać wykorzystana dopiero na którymś z nich.

Uratować świat

Ostatecznie powstrzymaliśmy wirusa, potrzebowaliśmy jednak kilku podpowiedzi od twórców całej przygody. Nie ukrywam, że brakowało nam matematyka, który szybciej rozwiązałby typowo matematyczne łamigłówki. Pewnie łatwiej byłoby nam w piątkę, a i doświadczenie w escape roomach byłoby pomocne. Bawiliśmy się jednak przednio i wyszliśmy z pokoju uśmiechnięci. Później sami dziwiliśmy się z własnych błędów czy brakowi logiki, jednak na wesoło, wciąż trzymały nas pozytywne emocje. Jeśli więc lubicie informatyczno/matematyczne łamigłówki, kręci Was temat hakerów, wirusów i ocalania świata - spróbujcie, to naprawdę fajna, dobrze zaplanowana i przemyślana zabawa dająca masę frajdy.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy: