19

A gdy nie ma zasięgu… jest lepiej i gorzej zarazem. Ze wszystkim

Nie będziesz wiedział, jak bardzo coś jest ci potrzebne, dopóki tego nie utracisz. Przesadzam? Jak najbardziej. Bo na urlopie wcale dostęp do Internetu niezbędny nie jest, ale dopiero gdy zabraknie łączności (i to z przyczyn technicznych) dopiero zorientujesz się, jak duże ma to dziś znaczenie. Podobnie jak sam zasięg sieci komórkowej - jeśli nie możesz nawet wysłać SMS-a, to dopiero czeka cię przygoda.

Każdy kij ma dwa końce, a każdy medal ma dwie strony. Posiadanie dostępu do Internetu, albo szerzej: zasięgu sieci komórkowej, też ma swoje zalety i wady. Oczywiście kontrolowanie tego, co dzieje się na naszym smartfonie nie jest już dziś wyzwaniem, bo można naprawdę restrykcyjnie ograniczyć dostęp do sieci czy same powiadomienia w aplikacjach, ale jeśli odgórnie tracisz możliwość nawiązania połączenia, to robi się naprawdę interesująco. Mówiąc krótko, naprawdę odpoczywasz.

Nie uważam, bym miał problem z panowaniem nad tym, jak często i jak długo używam smartfona (albo konkretnych aplikacji), bo bez większego trudu potrafię powiedzieć sobie dość wyciszając wszystkie notyfikacje. Jestem w stanie odłożyć czynność wymagając sięgnięcia po telefon i skoncentrować się na czymś innym. To wszystko jednak nie ma znaczenia, gdy technicznie niemożliwe jest skorzystanie ze wszystkich dobroci nowoczesnego telefonu komórkowego, który pozwala dziś na tak wiele. Inną sprawą jest też sama kwestia zasięgu, do którego obecności tak bardzo można przywyknąć, że dłuższe przebywanie w miejscu, gdzie go brakuje, zaczyna być ciekawym eksperymentem. Możliwość sprawdzenia najnowszych wiadomości zupełnie odpada, a e-maile i komunikatory, prognoza pogody, media społecznościowe, o multimediach nie wspominając, to dobra znajdujące się w sferze marzeń. O ile faktycznie marzylibyście o szansie skorzystania z nich.

SMS to potęga. A Messenngera i inne można czasami wsadzić sobie w buty

Podczas kilkudniowego pobytu poza domem zaskakująco szybko przywykłem do sytuacji, w której telefon najlepiej sprawdzał się w roli budzika i zegarka. Nie mam zainstalowanych żadnych gier, ale nie brakuje w nim muzyki, pobrałem kilka kupionych w iTunes filmów. Odwykłem jednak od uwzględniania tego urządzenia w swojej codzienności. Przez kilka godzin mógł znajdować się zasięgu wzroku i ręki, ale po kilku godzinach było dla mnie jasne, że nie ma większego sensu zerkać na ekran, bo nic (nikt) tam na mnie nie czeka.

Przy okazji można było się zorientować, jak prądożerne dla dzisiejszych telefonów jest poszukiwanie jakiegokolwiek sygnału. Mimo, że przez kilkanaście godzin nie korzystałem z telefonu, to stopień naładowania akumulatora wskazywał po tym czasie mniej więcej tyle, ile po dość intensywnym dniu jego użytkowania. Byłem tym totalnie zaskoczony, bo na co dzień nie zwraca się na to większej uwagi, a nieustanne starania połączenia się z siecią wymagają więcej energii niż niektóre tradycyjne zadania, które wykonuje się codziennie.

Oto maksymalny poziom sygnału w całej okolicy. Przez większość czasu niepozwalający na nawiązanie połączenia czy wysłanie SMS-a

Zastanawiające jest też dla mnie, że wciąż istnieją dość zaludnione obszary, w których nawet niedaleka obecność nadajników jest niewystarczająca na tyle, by sygnał zdołał przedrzeć się przez las czy inne przeszkody. Mogłoby się wydawać, że nadajnik nadajnikowi równy, ale taki w rzeczywistości nie jest i okazuje się, że niezależnie od tego, z usług którego operatora bym korzystał, to nie mógłbym liczyć na odpowiednią łączność w rejonie nie tak znowu oddalonym od popularnego jeziora.

Może to wydać się trochę banalne, bo ograniczenie możliwości smartfona można sprokurować sobie na życzenie włączając tryb samolotowy, ale po kilkudniowym pobycie poza siecią (istnieje takie idealne określenie w języku angielskim brzmiące off the grid), dochodzę do wniosku, że planując urlop, wakacyjny wyjazd warto od czasu do czasu wybrać takie miejsce, przed którym będziecie przestrzegani przez (nie)znajomych słowami: „ale tam nie ma zasięgu”. Nie traktowałem i nie sugeruję, by traktować takie okoliczności jak pewnego rodzaju odwyk, ale to naprawdę dobrze robi.