13

Świetnie bawiłem się na Bohemian Rhapsody. Nie każdy podzieli mój entuzjazm

Może to wydawać się dziwne, ale za każdym razem, gdy słucham Bohemian Rhapsody, mam bliżej nieokreślone "ciary". Uwielbiam ten kawałek, podobnie jak i Queen. Mój ojciec może być dumny z tego, że zaraził mnie sympatią nie tylko do samego Freddiego Mercury'ego, zespołu, w którym był niekwestionowaną "królową" oraz kilku innych formacji rockowych.

Napisanie recenzji Bohemian Rhapsody bez spoilerów nie jest zbyt trudne – spore trudności bowiem sprawia zaskoczenie czymkolwiek widza. Przecież wszyscy wiemy, że nieco zahukany, „inny” młody człowiek, emigrant w Wielkiej Brytanii wreszcie stanie się megagwiazdą, ostatecznie wpadnie w sidła AIDS i na krótko po przyznaniu się publicznie do tego faktu odejdzie do krainy wiecznego śpiewu. Bohemian Rhapsody nie należy natomiast rozpatrywać w kategorii filmu biograficznego, bo absolutnie nim nie jest. To właściwie „luźna”, przystępna wariacja na temat twórczości Queen, samego Frediego oraz luźno związanych z tym historii. Każdy, kto liczył na bardzo pilną biografię Mercury’ego najpewniej się zawiedzie.

Brzydkie kaczątko

Cieszę się i jednocześnie żałuję, że Bryan Singer skorzystał z bardzo wyświechtanego już w kinematografii motywu „brzydkiego kaczątka”. W zakresie fizis głównego bohatera, zdecydowanie popłynął. Doskonale znam Freddiego Mercury’ego z czasów „sprzed zrobienia się na przedstawiciela środowiska homoseksualnego”, bo nie da się ukryć, że do tego między innymi nawiązywał jego image. Tyle, że nawet wtedy, gdy nosił długie włosy, nie nosił charakterystycznego wąsika, nie przywdziewał „żonobijki” raczej brzydki nie był. Uwaga – nie jest to moja opinia, to raczej wypowiedzi kobiet, którym zadawałem to pytanie. Zresztą – na urodzie facetów znam się tyle co świnia na gwiazdach. I basta.

Rami Malek natomiast przede wszystkim uwydatnił… brzydotę Freddiego. Widza uderzała wydatność jego szczęki. Owszem, Freddie Mercury miał bardzo osobliwe uzębienie, ale wbrew pozorom nie było ono aż tak widoczne jak zaznaczono to w filmie. Niemniej, z całą pewnością było ono bardzo istotne z punktu widzenia możliwości wokalnych frontmana Queen. Sam Malek zapewne w niektórych kręgach uchodzi za „pociągającego”, ale w tej kreacji spowodował, że sam zacząłem upatrywać Mercury’ego w kategoriach człowieka mniej urodziwego. A przecież tak nie było. Przez cały seans zastanawiałem się więc, co jest nie tak z wizerunkiem artysty. Natomiast już cała reszta – gra aktorska, a nawet niektóre zachowania Freddiego zostały odegrane z ogromną dokładnością. To mnie bardzo cieszy.

Co do reszty aktorów – nie znalazłem większych słabych punktów. No, może poza Lucy Boynton, która najprawdopodobniej cierpi nie tyle z powodu braku talentu, co niekorzystnie dla niej napisanego scenariusza. Jej postać była mało wyrazista – miała wpływ na samego Freddiego, pojawiała się w kluczowych momentach dla fabuły, ale mnie jej obecność bardziej irytowała, niż wprawiała w zainteresowanie. Jako Mary Austin nie sprawdziła się – jakby dusiła się w swojej roli. W Bohemian Rhapsody została sprowadzona do roli kochanki, następnie „miłości życia” wyczekującej na swojego partnera i następnie… przyjaciółkę, która ostatecznie ułożyła sobie życie inaczej.

Podobnie jak i brzydota „wczesnego Mercury’ego” była uderzająca, tak samo raptowna była zmiana w mniej włochatego Freddiego z „gej-wąsikiem”. Freddie przestał być już groteskowo brzydki, zrobił się wtedy jedynie „akceptowanie atrakcyjny”. Może są wśród Was osoby bardziej znające się na facetach – poprawcie mnie, jeżeli się mylę. Mniej więcej w tym momencie Freddie postanowił odłączyć się od grupy, zrobić coś samodzielnie – oczywiście po namowach swojego partnera, który zagrał w tym filmie czarny charakter. (w roli Paula Prentera – Allen Leech).

Bohemian Rhapsody nie jest filmem biograficznym. To jedynie zlepek takich wątków podsycony genialną muzyką

Queen wielkim zespołem był – wcale nie dlatego, że nim „po prostu był”. To formacja łamiąca konwenanse – tytułowy utwór nie pasował do ówcześnie granych hitów i owym hitem nie miał prawa się stać. A jednak – eklektyzm wprowadzony do tego dzieła spowodował, że stał się atrakcyjnym kawałkiem dla niemal każdego. W filmie rzeczywiście ukazano członków zespołu jako „świrów”, „odrzutków”, „wykolejeńców”, ale też jednocześnie jako wytrawnych muzyków prowadzonych przez niezwykle charyzmatycznego Freddiego. Malekowi udało się przenieść na wielki ekran tę szczególną cechę Mercury’ego.

Bohemian Rhapsody

Niemniej, przemilczano sporo wątków z życia artysty. Przede wszystkim – ukazano go bardziej jako ofiarę nieudanego związku z Paulem, który czyhał jedynie na korzyści ze znajomości z taką gwiazdą jak Freddie. A wiadomo przecież, że główny bohater w swoim życiu był doskonale znany z hulaszczego życia, którego wcale Prenter nie indukował. Mercury bywał przy tym niezwykle ekscentryczny, bezpruderyjny i rozrzutny – kojarzono go z kilkudniowych imprez przy których polskie, choćby najhuczniejsze wesela zwyczajnie się chowają. A zatem – Mercury wcale nie był ofiarą – był bardziej żywicielem pasożyta, który się go uczepił i który następnie „obrzygał” wizerunek artysty.

Czegokolwiek spodziewacie się po tym filmie – nie będziecie zawiedzeni samą muzyką, która jest przegenialna – pochodzi przecież bezpośrednio od Queen. Tyle, że polecam Wam już teraz: nie idźcie tam po pilną biografię. Nie oczekujcie również od odtwórcy głównej roli, że będzie on pasował w stu procentach do Freddiego Mercury’ego. To po prostu fajny film, żeby na niego pójść w niedzielę. Do wybitności zbliża go jednak muzyka, ale to w dalszym ciągu za mało, by powiedzieć, że Bohemian Rhapsody jest filmem genialnym.


Zdjęcia:

Graf. wprowadzająca: Photo by Photo Credit: Nick Delaney – © 2017 Twentieth Century Fox Film Corporation. All Rights Reserved

Grafiki w tekście: Photo by Photo Credit: Courtesy Twentieth – © TM & © 2018 Twentieth Century Fox Film Corporation. All Rights Reserved.

Antyweb recenzuje filmy i seriale. Sprawdź, co nas ostatnio poruszyło: