7

House of Cards – 6. sezon – recenzja. Szamotanina na zgliszczach legendy

Finałowy sezon House of Cards nadchodzi wielkimi krokami. Po licznych perturbacjach fani serialu otrzymają ostatnią serię zamykającą jeden z najbardziej znanych seriali Netfliksa. Przedpremierowo oceniamy 6. sezon House of Cards.

Jestem wielkim fanem „House of Cards”. Proszę, wreszcie to napisałem. Podczas gdy oglądalność prawdopodobnie malała z sezonu na sezon, ja trwałem przy serialu dopatrując się w fabule i postaciach smaczków, którymi nie uraczy nas żadna inna produkcja. W pełni rozumiem spadek zainteresowania „House of Cards” – ze świecą można szukać w trzecim i kolejnych sezonach tej dynamiki i takich zaskoczeń, które sprawiały, że dwie pierwsze serie hipnotyzowały widzów przed ekranami nie pozwalając im wyłączyć odbiornika przed ostatnim odcinkiem. Polubiłem jednak ten świat, może nawet aż za bardzo i starałem się cieszyć każdą kolejną serią. Gdy okazało się, że wielki finał będzie pozbawiony sprawcy całego zamieszania zamarłem i od samego początku byłem sceptycznie nastawiony do tego pomysłu. Może lepiej trzeba było zostawić serial w spokoju po finale 5. sezonu? -takie pytanie zadawałem sobie nie tylko ja.

U sterów serialu zasiadła Robin Wright pragnąca doprowadzić serial do końca. Jej postać zagościła właśnie w Białym Domu, więc myślę że po połowie robiła to dla fanów, a po połowie dla siebie i swojej bohaterki. Wiedzieliśmy, że Kevin Spacey nie pojawi się już w „House of Cards” ani na sekundę, lecz nie można go było wymazać z poprzednich odcinków – mimo wszystko jeden ze zwiastunów zawierający postać Francisa Underwooda był niemałym zaskoczeniem. W trakcie przedpremierowego seansu pierwszych pięciu odcinków 6. sezonu „House of Cards” zrozumiałem dlaczego go opublikowano.

Tym, co najbardziej ciekawi widzów, jest oczywiście prawda na temat śmierci Franka Underwooda. Na przestrzeni kilku odcinków otrzymujemy skrawki informacji, które musimy samodzielnie poskładać w całość i zinterpretować. Ale następstwa jego odejścia są odczuwalne na każdym kroku i cieszę się, że autorzy scenariusza nie zamietli tej postaci całkowicie pod dywan. Byłoby to niewybaczalne posunięcie, dlatego zrobiono wiele, by zaznaczyć to, jak istotną postacią był Frank Underwood. Nawiązano nawet do pierwszej sceny z pierwszego odcinka, w której Frank opowiadał nam o dwóch rodzajach bólu. Claire postanowiła naprostować te słowa, zupełnie jak wiele innych, cały czas dając nam do zrozumienia, że choć obejmuje ona stanowisko po mężu, to nie powinniśmy w niej upatrywać żeńskiej wersji Francisa. Nie jest jednak w tym do końca konsekwentna, a jako madam president ma jeszcze bardziej pod górkę, niż jej poprzednik.

W nowym sezonie dzieje się bardzo dużo i chyba nikt nie sądził, że będzie inaczej. Skrócenie 6. sezonu do zaledwie 8 odcinków wynika w dużej mierze z nieobecności głównego bohatera, ale i tak odniosłem wrażenie, że niektóre wydarzenia zostały ukazane w skróconej formie. Inne natomiast skompresowano do tego stopnia, że wciąż wydaje mi się, iż miało to wyglądać nieco inaczej. Zebranie w jednym miejscu tak wielu postaci eliminuje problem prowokowania spotkań między nimi i nie potrafię potraktować tego zagrania inaczej, niż jako pójścia po linii najmniejszego oporu. Być może zamysł był inny, być może celem było zagęszczenie atmosfery i doprowadzenie do maksymalnej kulminacji emocji, ale ja tego w taki sposób nie odebrałem.

Nietypowy sposób przedstawienia Claire z nowej perspektywy zupełnie do mnie nie przemawia – jest zbyt odmienny od tego, do czego przyzwyczaił nas serial. Skoro do tej pory po niego nie sięgnięto, by tłumaczyć działania bohaterów, to nie widzę potrzeby, by robić to właśnie teraz.



Znak rozpoznawczy serialu, czyli burzenie czwartej ściany i kontakt głównego bohatera głównej bohaterki z widzem jest wciąż obecny. Działa raz lepiej, raz gorzej – podobnie jak wyglądało to w ostatnich trzech sezonach. Ale zdecydowano się też na powiew świeżości poprzez wciągnięcie do serialu dwójki nowych, niezwykle silnych bohaterów – Shepherdów. Bill i Annete są rodzeństwem, pracują w sektorze prywatnym i jak możecie się domyślać ich wpływy dosięgają Białego Domu. Nie porzucono jednak kilku istotnych we wcześniejszych odcinkach postaci – Doug będzie starać się uniknąć konsekwencji swoich działań i w końcu będzie musiał komuś zaufać. Mark i Jane, których poznaliśmy stosunkowo niedawno, będą blisko Claire Hale i jak zawsze będą ciągnąć linę z całej siły we własną stronę. Jest także Seth, który udowadnia, że zawsze potrafi spaść na cztery łapy. Mamy także dwójkę dziennikarzy: Toma i Janine, którzy nadal starają się poznać prawdę. Wśród powrotów nie brakuje zaskoczeń, więc nie będę psuć wam niespodzianki.

Najnowszy sezon „House of Cards” miewa swoje momenty. Są to pojedyncze, mocne sceny, które przypominają mi o najlepszych chwilach z początku serialu. Robin Wright udźwignęła ciężar głównej postaci, ale jako Claire Underwood w ogóle się nie zmieniła. Nadal jest tajemnicza, trudna do odczytania i niemożliwa do przewidzenia. W sieci intryg lubi odgrywać naiwną i niekompetentną, by po cichu spiskować. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że niektórzy bohaterowie stracili temperament – nie potrafię wskazać przyczyny takiego stanu rzeczy, ale część z nich stała się trochę nijaka. To wciąż świat wielkiej polityki, walki o wpływy, knucia po rogach i kombinacji na wszelkie sposoby, by tylko przechytrzyć przeciwnika, lecz wielu wydarzeniom nie dano szansy wybrzmieć. Akcja momentami pędzi jak szalona do przodu, przeskakujemy pomiędzy lokalizacjami i rozmówcami w mgnieniu oka, a przecież wyważone (przez niektórych nazywane zbyt powolnym) tempo nadawało charakteru serialowi.

Wiem, że każdy czeka na podsumowanie moich wrażeń po zobaczeniu ponad połowy finałowego sezonu, dlatego postaram się je przekazać jak najkrócej: brak Franka Underwooda jest odczuwalny na tyle, że odnoszę wrażenie, jakbym oglądał spin-off „House of Cards”. To prawie to samo, ale prawie robi sporą różnicę. Podobnie jak wy, nie wiem jak zakończy się serial, więc liczę na to, że najlepsze pozostawiono na koniec.

Po premierze 6. sezonu „House of Cards” 2 listopada na Netflix sami zdecydujcie, czy tytuł odnosi się do ostatniego sezonu czy wydarzeń, które będziecie oglądać.