49

Baterie Tesli? Koncerny energetyczne mogą spać spokojnie

Ta prezentacja była wyczekiwana i pewnie przez długie tygodnie będzie powracać w komentarzach ekspertów, przedstawicieli mediów, pasjonatów tematu: firma Tesla zaprezentowała baterie dla domów i firm. Korporacja Elona Muska nie jest już tylko producentem samochodów - sama określa się mianem innowatora w zakresie energii. Nazwa zobowiązuje. Czy wydarzenia sprzed kilku dni można uznać za rewolucję? Tworzone przez Elona Muska przedsiębiorstwo zmieni świat, jak widzą to niektórzy komentatorzy?

Do tematu wracam po kilku dniach od wydarzenia, sama prezentacja i to, co na niej pokazano, nie są już tajemnicą i świeżą informacją. Przywołuję jednak zagadnienie, ponieważ czekałem na pokaz, wcześniej o nim pisałem i zastanawiałem się, czy Musk odpali bombę, która nadwyręży fundament „energetycznej rzeczywistości”. Nadwyrężyła? Po przeczytaniu wielu komentarzy i długich godzinach rozmyślań dochodzę do wniosku, że nie. Baterie Tesli świata nagle nie zmienią. Nie zrobią tego nawet w ciągu kilku lat. Jednocześnie wierzę w to, że rzucony został kamyk, który może wywołać lawinę. Musk prezentujący nowe baterie przypomniał światu o Jobsie, który jeszcze kilka lat temu w podobny sposób zmieniał postrzeganie niektórych kwestii.

tesla bateria

Powyżej widzicie parametry techniczne nowych baterii. Uboższa wersja ma kosztować 3 tysiące dolarów, za droższą trzeba będzie zapłacić 500 dolarów więcej. I na ścianę trafia akumulator, który w założeniu twórców spełni jedną z trzech funkcji (albo wszystkie jednocześnie): zmagazynuje energię kupioną w lepszej taryfie, zmagazynuje energię produkowaną przez właściciela (wspomina się głównie o panelach słonecznych) i w obu przypadkach pozwoli oszczędzić pieniądze, a w trzecim rozwiązaniu będzie po prostu zabezpieczeniem na wypadek, gdyby sieć doznała awarii. Płacisz trzy tysiące i stajesz się energetycznie niezależny? Nie, nic z tych rzeczy.

Bateria to tylko… bateria. Może być inteligentna, naszpikowana elektroniką, ładna i podłączona do Internetu, ale to nadal tylko jeden z elementów większej układanki. Aby produkować energię, czerpać ją ze słońca czy wiatru, potrzebny będzie panel słoneczny lub wiatrak. Do tego odpowiednia instalacja – nie wystarczy przecież położyć na dachu solara, a w piwnicy zainstalować baterię Tesli. Koszty rosną i to poważnie. Bilans zysków i strat na dzisiaj pokazuje jasno, że z ekonomicznego punktu widzenia produkt Tesli nie jest atrakcyjny. Jak to określił jeden z komentujących: to kolejna zabawka dla fanów zielonej energii.

Dla przeciętnego Amerykanina rozwiązanie Tesli będzie pewnie zbyt drogie, by się na nie zdecydował. Warto przy tym pamiętać, że jest różnica między instalowaniem paneli słonecznych w Kalifornii, a umieszczaniem ich na wielką skalę w innych, mniej słonecznych stanach. Ten sam problem odnosi się do innych krajów – omawiany sposób pozyskiwania energii nie będzie tak efektywny w Polsce, jak może być w Hiszpanii. Na razie jest to spory problem. Owszem, można solar zastąpić wiatrakiem, ale nadal nie jest to rozwiązanie idealne – szukać trzeba głębiej i dalej, by takie rozwiązanie naprawdę stało się uniwersalne. A musi, jeśli ma się ziścić plan Muska mówiącego o dwóch miliardach baterii.

Ani ludzie ani firmy nie ruszą tłumnie po nowe baterie, gdy w kocu pojawią się one na rynku (kwestia kilku miesięcy). Większość weźmie do ręki kalkulator i stwierdzi, że to się po prostu nie opłaca. Może to i proste w instalacji, łatwe w obsłudze, atrakcyjne wizualnie (znowu na myśl przychodzi Apple), lecz wygrywa ekonomia – Powerwall, bo tak nazywa się urządzenie, nie zwróci kosztów zakupu. Przynajmniej nie w najbliższych latach, przy obecnych cenach energii elektrycznej.

Pojawia się też inny wątek tej dyskusji: czy akumulatory Tesli faktycznie są idealnym rozwiązaniem dla środowiska? Rozumiem, że ograniczymy spalanie ropy/węgla/gazu i tym samym emisję np. dwutlenku węgla do atmosfery, ale te baterie też jakoś się produkuje, używa określonych surowców, potem złomuje. Skoro mowa o użytkowaniu ich na wielką skalę, wykorzystywaniu setek milionów, a nawet paru miliardów sztuk, to pojawia się pytanie: czy to naprawdę pozostanie bez wpływu (negatywnego) na środowisko? Specjalistą nie jestem, ale mam wątpliwości. I trzeba te kwestie podnosić właśnie teraz, gdy zachwala się rozwiązanie jako idealne, bezemisyjne, zielone.

Biorąc to pod uwagę, dochodzę do wniosku, że Musk kilka dni temu nie pogrążył branży energetycznej (tej starej) w nicości. Koncerny energetyczne nie upadną, ich akcjonariusze mogą spać spokojnie. Na razie. Dostrzegam bowiem możliwość zmian, jakie dokonają się w kolejnych latach w wyniku tej premiery. Tesla nie stworzyła takich akumulatorów jako pierwsza, ale to ona uzmysłowiła wielu osobom, że urządzenia tego typu w ogóle istnieją. Tesla wprowadziła temat na właściwe tory – zainteresowała odbiorców, media, przedsiębiorców, skłoni konkurencję do wzmożonych prac, podjęcia większego wysiłku. Możliwe, że wyścig wejdzie na wyższy poziom, przyspieszy i w efekcie spadną ceny, poprawi się jakość i efektywność rozwiązań. Stanie się po prostu to, co obserwujemy od kilku lat na rynku mobilnym. Nie wierzę w tak szybkie zmiany, ale w dłuższej perspektywie może się tu wydarzyć coś bardzo ciekawego.

Czy Musk mnie zaczarował? Nie. Czy spodziewałem się czegoś więcej po tej prezentacji? Tak. Czy można już rozwiązywać umowy z dostawcami energii elektrycznej? Zdecydowanie nie. Warto jednak trzymać kciuki za ten rozwój i obserwować rynek – zyskujemy kolejną sferę godną uwagi.