4

Jak wygląda dzisiaj Apple? Rok po śmierci Steve’a Jobsa

Dzisiejszej nocy minie rok od śmierci Steve’a Jobsa. Pamięć CEO Apple zostanie zapewne uczczona w wielu miejscach na świecie i media zyskają ciekawy temat w trakcie weekendowej posuchy informacyjnej. Osobiście nie zamierzam robić przeglądu miejsc pamięci i skupię się na najważniejszym pomniku Amerykanina – firmie Apple. Korporacja nie tylko nie zawaliła się bez swojego legendarnego […]

Dzisiejszej nocy minie rok od śmierci Steve’a Jobsa. Pamięć CEO Apple zostanie zapewne uczczona w wielu miejscach na świecie i media zyskają ciekawy temat w trakcie weekendowej posuchy informacyjnej. Osobiście nie zamierzam robić przeglądu miejsc pamięci i skupię się na najważniejszym pomniku Amerykanina – firmie Apple. Korporacja nie tylko nie zawaliła się bez swojego legendarnego szefa, ale stała się najdroższą firmą świata. Przypadek? Nie, to konsekwencja przemyślanej strategii Jobsa.

Raz na jakiś czas w Sieci pojawiają się newsy na temat kolejnej formy upamiętnienia współzałożyciela Apple – miasta stawiają mu pomniki albo nazywają jego imieniem ulice, a różnego typu instytucje organizują konkursy lub przyznają stypendia i powołują się na Steve’a Jobsa. Bardzo często dzieje się to w państwach, które miały z nim niewiele wspólnego (by nie powiedzieć nic). Jedni robią to z fascynacji postacią, drudzy z chęci sławy (choćby krótkotrwałej – powiedzą o nas w mediach), a jeszcze inni pewnie liczą na jakieś bardziej wymierne korzyści: nie mamy w mieście zbyt wiele ciekawostek, to przynajmniej postawmy pomnik kogoś popularnego – może przyciągnie turystów. Spodziewam się, że jeszcze usłyszymy o pomysłach tego typu i zastanawiam się, czy ktoś wpadnie na taki pomysł w naszym kraju?

Na ocenę samego Steve’a Jobsa i jego wpływu na sektor IT (może powinniśmy na to patrzeć w jeszcze szerszych ramach?) jest dziś zdecydowanie zbyt wcześnie. W rozmowach na temat tej postaci występuje jeszcze zbyt dużo emocji – widać to chociażby po Waszych komentarzach, dotyczących Apple. Jedni uważają tego człowieka za wizjonera i geniusza, inni za szarlatana, który stworzył iReligię, iSektę oraz dokonał prania mózgu milionom „lemingów” na całym świecie (to oczywiście cytaty). Solidne argumenty na poparcie swojego zdania przedstawią zapewne i fani Jobsa i jego zagorzali krytycy, co nie powinno nikogo dziwić – był postacią kontrowersyjną i trudno z tym polemizować. Granica miedzy geniuszem i szaleństwem jest niezwykle cienka. Dlatego zostawmy już samego Jobsa i spójrzmy na jego dzieło.

Przyznam szczerze, iż na początku 2011 roku, gdy stery Apple przejął Tim Cook (wówczas jeszcze w ramach zastępstwa za chorego Jobsa), zastanawiałem się, czy firma jest w stanie funkcjonować bez swego charyzmatycznego szefa i miałem co do tego spore wątpliwości. Natychmiast przypominał mi się okres z historii korporacji, gdy Jobs z niej odszedł. Zapewne większość z Was wie, jak się to skończyło – firma poważnie podupadła i podejrzewam, że dzisiaj by jej nie było, gdyby nie jego powrót i zdecydowane działania. Niektórzy zakładali, iż podobnie będzie i tym razem – Cook nie jest tak charyzmatyczną postacią jak jego mentor i nie wróżono mu sukcesu. Sporo osób powtarzało, że na szczęście to tylko figurant, a prawdziwym szefem nadal jest Jobs, który po prostu rządzi z tylnego siedzenia. Takie głosy pojawiały się także po oficjalnym mianowaniu Cooka CEO firmy. Argument upadł, gdy umarł Jobs i należało spojrzeć na nowego szefa z trochę innej perspektywy.

Wierzcie lub nie, ale okres rządów Cooka do dnia śmierci Jobsa przekonał mnie, że to właściwy człowiek na właściwym miejscu. Pamiętam, iż w jakiejś gazecie znalazłem pod koniec ubiegłego roku (lub na poczatku bieżącego) tekst na temat trendów w sektorze nowych technologii. Autor dowodził w nim, że bez Jobsa Apple może mieć problem ze sprawnym funkcjonowaniem. Już wtedy się z tym nie zgadzałem, ponieważ firma nie potrzebuje już charyzmatycznego lidera, tylko sprawnego menedżera, jakim jest Tim Cook. A najlepszym argumentem jest dla mnie fakt, iż „naznaczył” go na swego następce sam Jobs. Wydaje mi się, że twórca sukcesu amerykańskiej korporacji nie podejmował nawet mniej istotnych decyzji pod wpływem chwili i wszystko kalkulował na chłodno. Zawsze istniały długofalowy plan i strategia dopracowana do najmniejszego szczegółu, więc trudno przypuszczać, że powierzyłby dzieło swojego życia człowiekowi, który jego zdaniem nie byłby w stanie odpowiednio tym pokierować.

Dzisiaj rano rzuciłem okiem na cenę akcji Apple – ponad 666 dolarów (dość złowieszcza liczba). Rok temu o tej porze było to 378 dolarów. Ponad 75-procentowy wzrost nie jest dziełem przypadku. Rynek wierzy w to, że firma może świetnie funkcjonować bez swego legendarnego CEO. Kolejny dowodem jest opublikowany niedawno ranking wartości brandów, w którym Apple zajęło drugie miejsce. Najciekawszy jest jednak olbrzymi skok, jakiego dokonali w zestawieniu – wskoczyli na pozycję wicelidera z miejsca 8 (warto wspomnieć, że podobne skoki notowali w poprzednich latach – jeszcze kilka lat temu zajmowali miejsce w trzeciej dziesiątce), a wartość ich brandu wzrosła o blisko 130%. Za rok należy się pewnie spodziewać Apple na miejscu pierwszym. Wspominam o tym rankingu także z innego powodu.

W pierwszej setce najbardziej wartościowych brandów świata znajdziemy m.in. firmy Ford, Disney oraz HP. Każda z innej branży, ale mają wspólny mianownik (zapewne mają ich kilka, ale mnie interesuje jeden): charyzmatyczny lider-założyciel (w przypadku HP było ich dwóch, co nie przeszkodziło firmie – panowie William Hewlett i David Packard świetnie się uzupełniali). Ludzie ci nie tylko stworzyli świetnie działające korporacje – z perspektywy czasu dokonali rzeczy dużo ważniejszej. Mam na myśli umieszczenie w ludzkiej świadomości brandu ich firm. Byli w stanie przekonać miliony ludzi na świecie, że jeśli samochód, to tylko Ford, rozrywka to Disney, a praca to rozwiązania zaproponowane przez HP. Ustawili swoje przedsiębiorstwa na odpowiednich torach i rozpędzili je, dzięki czemu istnieją do dziś. Jasne, że w swej historii przeżywały one lepsze i gorsze chwile (najlepszym przykładem jest obecna forma HP), ale nadal funkcjonują i trudno sobie wyobrazić, by nagle „wyparowały z rynku”. To samo powtórzono w przypadku Apple.

Od dnia śmierci Jobsa powtarzana jest informacja (trudno powiedzieć, na ile prawdziwa), że Jobs zostawił firmie testament, w którym wyznaczył kierunek jej rozwoju na kolejne lata. Jestem skłonny uwierzyć, że faktycznie tak było, ale można założyć, iż korporacja nie będzie się twardo trzymała tych wytycznych (widać to np. po nowych iPodach – jakoś nie mogę sobie wyobrazić, iż Jobs wpadł na pomysł, by wyposażyć je w kolorowe obudowy). Między menedżerami dojdzie zapewne do tarć, które wcześniej eliminował Jobs, ale raczej nie wpłyną one na funkcjonowanie Apple. Sprawnie działający zespół specjalistów zdaje sobie chyba sprawę z tego, iż mają do wykorzystania wielki potencjał i zmarnowanie go byłoby ich życiową porażką.

Steve Jobs nadał firmie kształt (oczywiście nie dokonał tego sam – pracowały na to rzesze ludzi, ale jesteśmy mu winni słowa uznania za to, że potrafił ich odpowiednio dobierać), rozpędził ją i zakorzenił w ludzkiej świadomości. Wskazał też następcę, który będzie w stanie odpowiednio zarządzać biznesem – menedżera Tima Cooka. Apple nadal będzie rosło w siłę, ponieważ nie jest to już firma jednego człowieka. Dzieło Jobsa uniezależniło się od swego twórcy jeszcze przed jego śmiercią i na korporację nie należy już chyba patrzeć przez pryzmat legendarnego CEO. Apple to nie Jobs. Apple to dzisiaj po prostu Apple.

Źródła zdjęć: thenextweb.com, iphonemod.net, cnet.com