Google

Apple i Google będą nas śledzić, by walczyć z pandemią. Jest się czego bać?

KP
Kamil Pieczonka
2

W miniony piątek pojawiła się informacja o tym, że Apple i Google tworzą mechanizm, który pozwoli na śledzenie potencjalnych zarażeń koronawirusem przy pomocy smartfonów i technologii Bluetooth. Natychmiast pojawiło się wiele wątpliwości, dlatego obie firmy postanowiły je rozwiać i odpowiedzieć na pytania dziennikarzy.

Apple i Google współpracują, świat się kończy

Trzeba uczciwie przyznać, że współpraca Apple i Google nad jedną technologią to sytuacja bez precedensu. Potrzeba było globalnej pandemii, aby dwóch gigantów odpowiedzialnych za najpopularniejsze systemy operacyjne w smartfonach, zaczęło współpracować i w kilkanaście dni stworzyło technologię, która może ułatwić ustalenie osób narażonych na zarażenie koronawirusem. Rodzi to oczywiście szereg wątpliwości związanych z ochroną prywatności, ale wiele wskazuje na to, że system został całkiem dobrze przemyślany.

Apple i Google chcą wykorzystać technologię Bluetooth Low Power, w którą wyposażone są smartfony od mniej więcej 6-7 lat. Pomysł ma szereg zalet, po pierwsze nie zużywa dużych ilości energii, po drugie wymieniamy tylko krótkie klucze identyfikacyjne, które nie zawierają żadnych danych lokalizacyjnych, a po trzecie pozwala określić jak długo mieliśmy styczność z inną osobą i mniej więcej w jakiej odległości. To natomiast powinno pozwolić na określenie szansy na zarażenie. Nie chciałbym się tutaj zagłębiać w to jak to dokładnie działa i jakie stwarza zagrożenia dla prywatności, ciekawą analizę przeprowadził Niebezpiecznik. Wstępne ustalenia wskazują, że powinno to być całkiem bezpieczne rozwiązanie.

Biorąc pod uwagę, że API powstało w nieco ponad 2 tygodnie i to przy współpracy dwóch firm, które do tej pory więcej dzieliło niż łączyło to jest to nie lada wyczyn. Zanim stanie się w pełni funkcjonalne minie jeszcze trochę czasu, ale może to być istotny krok wspomagający w przyszłości śledzenie potencjalnych zarażeń koronawirusem. Na pewno jednak nie będzie to remedium na obecną pandemię, a jedynie technologia wspomagająca.

Jak Apple i Google zachęcą do korzystania z tej technologii?

Jeśli tego typu technologia śledzenia kontaktów z osobami zarażonymi ma być skuteczna, to musi być jak najbardziej powszechna. To w gruncie rzeczy najtrudniejsza część, ale też nie oznacza, że nagle posiadanie smartfona stanie się obowiązkowe, nawet jeśli 50% będzie korzystać z tego rozwiązania, to i tak powinno to pomóc. W krajach rozwiniętych nie będzie to pewnie problemem. Tym bardziej, że według Apple rozwiązanie to otrzymają wszystkie urządzenia obsługujące iOS13, czyli od modelu iPhone 6S. Google natomiast będzie wymagała systemu Android 6.0 lub nowszego, czyli będą to smartfony wyprodukowane po 2015 roku. Co więcej stosowna aktualizacja zostanie zrobiona przez Google Play Services, a nie jako update systemu, dlatego będzie mogła być wykonana dla ogromnej liczby urządzeń w tym samym czasie. Sami dobrze wiecie, że poleganie na aktualizacji dostarczanej przed producenta smartfona spowodowałoby, że ta technologia nigdy nie byłaby skuteczna.

W pierwszej fazie korzystanie z tego rozwiązania ma być opcjonalne, trzeba będzie zatem pobrać odpowiednią aplikację. Jednak w drugiej fazie technologia może działać w tle. Cel jest taki, aby gdyby okazało się, że u kogoś z kim mieliśmy kontakt wykryto koronawirusa, to dostaniemy powiadomienie na urządzeniu o takiej sytuacji, nawet jeśli nie mamy żadnej rządowej aplikacji. Powiadomienie ma zachęcić nas do instalacji aplikacji i zgłoszenia się do odpowiednich organów sanitarnych w naszym kraju. To z jednej strony przerażające, ale z drugiej strony sprawi, że technologia stanie się powszechna i będzie mogła spełniać swoją rolę.

Powstała też obawa, że ktoś może dla żartu oznaczyć siebie jako chorego na COVID-19 i wywołać tym samym niepotrzebne zamieszanie. Na to też będzie jednak sposób, szczegóły nie zostały jeszcze ustalone, ale jednym z pomysłów jest aby służby sanitarne/medyczne po potwierdzeniu diagnozy przekazywały choremu jednorazowy kod, który będzie mógł wpisać w swojej aplikacji, aby potwierdzić chorobę. System zaalarmuje wtedy wszystkie potencjalne kontakty.

Czy to zamach na naszą prywatność?

W sieci nie brakuje artykułów oskarżających Apple i Google o zamach na naszą prywatność. Trudno w tej chwili powiedzieć, czy są to zasadne oskarżenia. Pierwsze analizy wskazują, że przedstawione API wydaje się bardzo bezpieczne i nawet jak istnieją scenariusze, które pozwalają na naruszenie naszej prywatności, to nie są one łatwe do zrealizowania. Obie firmy zapowiadają też, że są gotowe dezaktywować to rozwiązanie jak tylko zagrożenie pandemią minie. Podobnie odżegnują się też od wykorzystania tych danych w innych celach. Moim zdaniem, w takiej specyficznej sytuacji jaką mamy obecnie, można te potencjalne zagrożenia dla prywatności dopuścić, dla wyższego celu jakim jest ograniczenie rozprzestrzeniania się wirusa. Mam też większe zaufanie do Apple i Google, którym na ręce patrzą Amerykańscy dziennikarze, niż twórcom polskiej aplikacji ProteGo.

Osobną kwestią jest na ile to rozwiązanie będzie skuteczne, określenie odległości przy pomocy technologii Bluetooth nie jest proste, a siła sygnału, która ma być mierzona podczas potencjalnych spotkań może być przekłamana na tysiąc sposobów. Powstaje zatem pytanie, czy system nie będzie generował za dużo fałszywych sygnałów. To pewnie wyjdzie już w praktyce. Mimo wszystko ciesze się, że ktoś chce wykorzystać tą całą nowoczesną technologię w dobrej sprawie, a nie tylko w celu oglądania kolejnych filmów i seriali.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy: