Felietony

Aplikacje mobilne zamiast kart lojalnościowych? Zaczyna mnie to denerwować

Tomasz Szwast
46

Aplikacje mobilne coraz częściej zastępują karty lojalnościowe. Sklepy wymagają od swoich klientów, by nie tylko zainstalowali oprogramowanie, ale również zarejestrowali się w ich systemie podając dane osobowe i wyrażając zgodę na działania marketingowe. Niezbyt to wygodne.

Robienie codziennych zakupów w jednym z marketów to, przynajmniej w teorii, bardzo prosta czynność. Wystarczy spędzić kilka chwil na krążenie między półkami i gotowe. Po drodze jeszcze stoisko z serami i wędlinami, świeże pieczywo i możemy ruszać do kasy. Do tej pory - nic trudnego. Schody zaczynają się w momencie, gdy za zakupy, które znalazły się w koszyku, trzeba zapłacić. Owszem, możemy zrobić to idąc po najmniejszej linii oporu i po prostu skasować towary, zapłacić i wyjść. Problem w tym, że w takiej sytuacji może okazać się, że za niektóre towary zapłacimy więcej, niż byliśmy przekonani. Przecież wkładaliśmy do koszyka towary oznaczone jako podlegające ofercie promocyjnej. Zniżka nie została naliczona? Cóż, najpewniej popełniliśmy jeden z podstawowych błędów.

Aplikacje mobilne zamiast kart lojalnościowych, czyli jeszcze bardziej pod górkę

By móc skorzystać ze wszystkich ofert promocyjnych, wiele sklepów wymaga zainstalowania dedykowanej aplikacji mobilnej. Nie wystarczy już prosty kod kreskowy nadrukowany na kartę lojalnościową. Teraz trzeba aplikację pobrać i zarejestrować się w niej podając wymagane dane osobowe. Co gorsza, niektóre oferty promocyjne dostępne są wyłącznie po udzieleniu zgód marketingowych. Czy dostęp do promocji można jeszcze bardziej utrudnić? Ależ oczywiście! Wystarczy zmusić klienta do aktywowania kuponów rabatowych i to jeszcze przed dokonaniem zakupów. Niestety, o ile dla mnie jest to po prostu denerwujące, tak wiele osób może mieć problem by o tym wszystkim pamiętać. Wiadomo, że zwłaszcza teraz, gdy ceny dynamicznie rosną, chcemy płacić jak najtaniej. Sklepy niby to wyciągają do nas rękę oferując ciekawe promocje, jednak trudność z ich obsługą sprawia, że wiele osób z nich zrezygnuje.

Wypada docenić taką prokliencką postawę, jednak trudno nie dostrzec tego, że w zamian za opusty cenowe sklepy wymagają od nas naprawdę wiele. Podanie danych osobowych i zgoda marketingowa to samo w sobie bardzo dużo. Kiedy dodamy do tego konieczność każdorazowego klikania kolejnych ikonek w aplikacji mobilnej, okazuje się, że poprzednie rozwiązania, oparte o karty lojalnościowe, były zdecydowanie wygodniejsze. A tak to niby sklep chce dać nam zniżkę, ale z drugiej strony robi wszystko by zniechęcić nas do korzystania z niej. A przecież to wszystko mogłoby funkcjonować zdecydowanie prościej.

Wirtualny portfel z kartami płatniczymi i lojalnościowymi - czego chcieć więcej?

Plastik nie był taki zły?

Pamiętam doskonale, jak często narzekałem na konieczność posługiwania się różnymi kartami lojalnościowymi by móc płacić nieco taniej. W portfelu musiało znaleźć się miejsce dla karty ze stacji paliw (a najlepiej dwóch, zwłaszcza gdy podróżujemy między różnymi miastami), karty do kilku sklepów spożywczych, ulubionego sklepu z odzieżą itp. Z ulgą przyjąłem pojawienie się takich aplikacji mobilnych jak Stocard, gdy wszystkie te karty mogłem zostawić w domu, zastępując je kodem kreskowym wyświetlanym na ekranie smartfona. Kiedy doszły do tego płatności mobilne, takie jak Apple Pay, Google Pay czy HCE, po prostu przestałem nosić ze sobą portfel. Tak właśnie miało to działać - wszystko załatwię tym samym urządzeniem, czyli smartfonem. Kiedy jednak wiele sklepów zastąpiło karty plastikowe dedykowanymi aplikacjami mobilnymi, zakupy znowu stały się mniej komfortowe.

Czyżby jednak plastik nie był taki zły? Wystarczyło tylko zeskanować kartę by móc liczyć na wszystkie zniżki dostępne w danym momencie. Teraz doszło do tego uruchamianie aplikacji, przeglądanie kuponów i skanowanie kodu prosto z ekranu telefonu. W dodatku wszystko to w zamian za dane osobowe, w tym, o zgrozo, dane o lokalizacji, jeśli przypadkowo zaznaczymy niewłaściwą opcję.

Nie chciałbym jednak wracać do czasów portfela wypchanego kartami plastikowymi. Chciałbym by wizyta w sklepie oznaczała dla mnie dostęp do wszystkich ofert, jakie obowiązują w danym miejscu. Dostęp bez konieczności wcześniejszego uruchamiania aplikacji, przeglądania gazetki i aktywacji kuponów. Przecież każdy doskonale zdaje sobie z tego sprawę, że najprostsze rozwiązania są najlepsze!

Jeśli nieuważnie przeczytamy warunki promocji, przy kasie możemy się rozczarować

Zeskanuj kod, a najlepiej trzy

Dlaczego tak bardzo lamentuję nad problemem, który przecież wcale nie jest taki istotny? Wszystko dlatego, że zwyczajnie denerwuje mnie to, że sklep, w którym się pojawię, wymaga ode mnie instalacji dedykowanej aplikacji mobilnej, podawania danych, wyrażania zgód marketingowych a następnie pilnowania, czy dana promocja nie jest czasem dostępna w formie kuponu, jaki trzeba aktywować przed zrobieniem zakupów. Przykład? Bardzo proszę.

Pewnego dnia wybrałem się do jednego z rzeszowskich hipermarketów na bieżące zakupy. Podstawowe produkty do domu, nic szczególnego. Podchodzę do półki, widzę ciekawą promocję, która przekonuje mnie na tyle, że ładuję towar do koszyka. Całe szczęście, że w porę udaje mi się uchwycić okiem adnotację o tym, że wspomniana promocja dostępna jest wyłącznie dla posiadaczy aplikacji mobilnej, którzy wcześniej aktywowali dostępny tam kupon. Szkoda, że muszę to zrobić, choć w danym sklepie bywam maksymalnie raz na kilka miesięcy. Zirytowało mnie to do tego stopnia, że po prostu zrezygnowałem z dalszych zakupów, odstawiłem koszyk na miejsce i pojechałem do konkurencji.

Jeszcze gorzej wyglądała sytuacja na stacjach paliw należących do jednej z największych sieci w Polsce, kiedy to ogłoszono słynną promocję pozwalającą na uzyskanie rabatu do 40 groszy na litrze. By skorzystać z tej promocji, klient stacji musiał zainstalować w smartfonie aplikację mobilną, bowiem tylko w niej dostępne były kupony, które trzeba było aktywować przed zapłatą za paliwo. By uzyskać maksymalną zniżkę, czyli wspomniane 40 groszy, należało okazać kasjerowi trzy różne kody kreskowe: kod karty lojalnościowej (na całe szczęście również dostępny w aplikacji), kod kuponu promocyjnego i kod umieszczony na Karcie Dużej Rodziny. Intuicyjne? W żadnym wypadku.

Współcześnie wizyta w sklepie raczej nie kojarzy się zbyt dobrze

Niepotrzebne nieporozumienia

Czym poskutkował tak skomplikowany dostęp do oferty promocyjnej? Wielkimi kolejkami do kasy, zwłaszcza w pierwszej połowie lipca. Klienci, którzy usłyszeli w telewizji, że mogą zatankować paliwo z odczuwalnym rabatem, zadowoleni kroczyli do kasy, by na miejscu dowiedzieć się, że do tego rabatu równie daleka droga, co do tego będącego stolicą Maroko. I tak pozostali musieli czekać aż dana osoba pobierze aplikację mobilną, zarejestruje się, przygotuje kupon i okaże go kasjerowi. Inny przykład? Bardzo proszę. Czy widzieliście kiedyś, jak w sklepie należącym do jednej z największych sieci handlowych w Polsce klienci kłócili się z kasjerami o to, że chcieli korzystać z promocji, a ta nie została im naliczona? Najczęściej takie sytuacje mają miejsce przy zakupie masła i innych produktów spożywczych, których ceny wzrosły najmocniej.

Konieczność obsługiwania aplikacji mobilnej przed każdymi zakupami to, przynajmniej w moim mniemaniu, kolejny z nonsensów, które powinny zniknąć równie szybko, jak się pojawiły. W ten sposób udałoby się uniknąć wielu nieporozumień, a zakupy znowu stałyby się nieco przyjemniejszą czynnością(o ile przy obecnych cenach można mówić o jakiejkolwiek przyjemności z zakupów).

Każdy chce zarobić, ale to nie powód, by nadmiernie komplikować podstawowe czynności

Co do zasady staram się być osobą, która nie narzeka na to, co dzieje się wokół niej. Cóż, żyjemy na takim świecie, na jakim żyjemy i musimy dać sobie rady w takich warunkach, w jakich przyszło nam funkcjonować. Mam jednak przeczucie, że pewne zabiegi sprawiają, że nawet najprostsze czynności stają się naprawdę skomplikowane, zwłaszcza dla kogoś, kto na co dzień niechętnie korzysta z nowych technologii. Tak właśnie jest z zakupami. Owszem, rozumiem logikę sklepów, które chcą pochwalić się tym, jak atrakcyjne okazje przygotowały dla swoich klientów, a z drugiej strony maksymalnie utrudniają skorzystanie z nich, by mimo wszystko zarobić na całym przedsięwzięciu jak najwięcej. Działalność gospodarcza to działalność zarobkowa, a nie charytatywna. Czy nam się to podoba, czy nie, musimy to zaakceptować.

Aplikacje mobilne zamiast kart lojalnościowych? Jak dla mnie to niezbyt dobry pomysł

Osobiście chciałbym jednak, by w kwestii robienia codziennych zakupów wszystko wróciło do stanu sprzed nastania mody na dedykowane aplikacje mobilne. W zupełności wystarczą mi trzy aplikacje, w których odnajduję się bez trudu: aplikacja do magazynowania kart lojalnościowych, aplikacja do przeglądania gazetek i aplikacja do płatności mobilnych. Niczego więcej nie potrzebuję i nie chciałbym być zmuszany do instalacji czegokolwiek więcej. Tymczasem musiałem w smartfonie utworzyć folder specjalnie na aplikacje sklepów, z których często korzystam. Co jeśli udam się do innego? Będę musiał doinstalować kolejną aplikację, albo zapłacić więcej. Nie lubię tego.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu