Gry

Ale ładne zabawki robi ten Ubisoft. Jak grało się figurkami statków w Starlink: Battle for Atlas?

PW
Paweł Winiarski
1

Mogłoby się wydawać, że szał na fizyczne zabawki powiązane z grami już dawno przeminął. Tymczasem Ubisoft przy okazji Starlink: Battle for Atlas postanowił spróbować połączyć te dwa światy. I muszę przyznać, że wyszło to bardzo fajnie. Czy jednak na tyle fajnie, by modele w mgnieniu oka znikały ze sklepowych półek?

Wokół Starlink: Battle for Atlas pojawiło się dużo "hajpu" i oczekiwań - ale nie jest tak, że to Ubisoft sztucznie pompował ten balonik. Zrobili to sami gracze, ekscytując się pokazami z targów. Czy słusznie? Starlink nie jest objawieniem, nie wywróci świata gier do góry nogami jako gra, a dodatki w postaci fizycznych statków, pilotów i broni nie są nowym sposobem konsumpcji treści. To po prostu solidna, dobrze wykonana gra z fajnymi gadżetami, które mogą się podobać.

Na pierwszy ogień sama gra. Mimo tego, że Starlink pewnie zawsze będzie kojarzył się z fizycznymi akcesoriami  -przygodę można przejść bez nich. Otóż zarówno statki, piloci, jak i bronie dostępne są również w wersji cyfrowej i można je/ich wymieniać z poziomu menu w grze. Nie jest to oczywiście tak fajne i przyjemne jak samodzielne przepinanie broni na modelu, ale da się.

Starlink: Battle for Atlas to strzelanka, w której zasiądziecie w kokpicie statku. Czasem będzie on latał nad powierzchnią planety, innym razem pozwiedza przestrzeń kosmiczną. Eksploracja połączona ze strzelaniem. Będziecie też zbierać surowce i rozbudowywać bazy wydobywcze. W konsekwencji prowadzi to do zdobywania dodatkowej waluty potrzebnej do rozbudowy naszych statków.

Zgrabnie to wszystko połączono, w Starlinka gra się przyjemnie, choć po jakimś czasie zaczyna powoli dokuczać monotonia. Misje wydają się powtarzać, choć mi na przykład sprawiało przyjemność zwiedzanie planet. Zażartuję, że to takie trochę No Man's Sky z elementami Destiny, bo właśnie produkcja Bungie przyszła mi pierwsza do głowy kiedy zacząłem strzelać. Grupa dzielnych polotów pod wodzą naukowca geniusza wpada na floty Legionu, którymi dowodzi niejaki Graks. Naukowiec zostaje porwany, naszym zadaniem jest jego ocalenie i pokrzyżowanie planów złoczyńcy. Nie ma tu miejsca na jakieś górnolotne treści - Starlink w swojej opowieści balansuje na cienkiej granicy infantylności. Ale potrafi też rozbawić, jest po prostu przyjemny w odbiorze. Niby strzelamy, ale to takie strzelanie familijne. Mam nadzieję, że przynajmniej część z Was zrozumiałą, co chciałem tym przekazać.

Gra grą, ale najciekawsze są dla mnie zabawki. Poczułem się trochę jak ośmiolatek, który ustawia na półce figurki. Wykonano je bardzo dobrze, byłem jednak trochę zaskoczony - bo wydają się bardziej "realne" niż te same modele i postacie w grze. Oprawa Starlink jest taka kreskówkowo-komiksowa, mocno nasycona kolorami - natomiast same zabawki wydają się bardziej stonowane, kolory nie są tak jaskrawe. Trochę dziwne to kontrastuje z tym, co dzieje się na ekranie.

Poszczególne elementy są bardzo dobrze spasowane, choć kilka pierwszych doczepek pilota do statku sprawia pewne trudności z uwagi na ciasnotę poszczególnych złącz. Po kilku operacjach jednak wszystko wyrabia się do tego momentu, gdzie dobrze się trzyma, ale jest też w miarę łatwe do usunięcia z miejsca.

Generalnie cały system wygląda tak - dostajemy czarny uchwyt przypominający pistolet. Na jego górnej części montujemy pilota, do niego doczepiamy statek, a do statku broń (różne rodzaje działek na skrzydłach). Całą konstrukcję montujemy na padzie. Ogrywałem wersję na PlayStation 4 i to niestety najbardziej kaleka odsłona, bowiem czarną nasadkę na pada trzeba podłączyć do konsoli przewodowo. Na Switchu i Xbox One takiego problemu nie ma, kompletnie nie wiem czemu wersja na PS-kę została tak skrzywdzona.

Pomijając ten nieszczęsny przewód cały system wymiany pilotów, statków i broni jest...super. To przecież tylko drobiazgi, które teoretycznie nie zmieniają sposobu grania, ale możliwość dopięcia działka do fizycznego modelu statku pozwala minimalnie mocniej wczuć się w zabawę i jakkolwiek głupio to zabrzmi, zżyć z pilotem. Oczywiście to w dużej mierze mogą być tylko moje odczucia, bo podobnie miałem na przykład w grach z serii Skylanders. Przy czym tu mocniej wkręcałem się w akcję, więc i zaangażowanie w zmienianie fizycznych elementów było większe. Niestety cały ten początkowy zapał zaczął powoli mijać już po godzinie. Statek przypięty do pada po pewnym czasie staje się ciężki i dochodziło do mnie, że nieprzyjemnie przeważa konstrukcję.

Mój syn jednak może zmieniać pilotów, statki i bronie w nieskończoność. Patrząc na ten pomysł z perspektywy dziecka widzę zupełnie inny Starlink: Battle for Atlas. Jestem w stanie zrozumieć, że choć da się przejść grę na podstawowym zestawie statków i nie ma potrzeby dokupować kolejnych gadżetów, to będą dzieciaki, które wywiercą rodzicom dziurę w brzuchu. Ceny poszczególnych części są zróżnicowane. Za pilota trzeba zapłacić 34,90 zł, za zestaw dwóch broni 47,90 zł, natomiast statek w zestawie z bronią i pilotem kosztuje 114,90 zł. Pakiet startowy z uchwytem, statkiem, pilotem i trzema działkami kosztuje niecałe 270-280 złotych, czyli tyle ile normalna konsolowa gra.

Kto jest odbiorcą?

To pytanie zadaję sobie w przypadku wszystkich gier z elementami toys-to-life. Głównym sponsorem zawsze jest oczywiście rodzic, ale sama gra skierowana jest ewidentnie do młodszego odbiorcy. W przypadku Starlink: Battle for Atlas mamy trochę inną sytuację, bo trudno powiedzieć by produkcja Ubisoftu była tytułem dla najmłodszego gracza. Owszem, jest odpowiednio wyważona i na tyle odpowiedzialnie poprowadzona, że nadaje się dla dzieciaków. Będą się przy niej jednak dobrze bawić również dorośli. No, ale dla są w takim razie te wszystkie plastikowe dodatki, cały system dozbrajania pojazdu i doczepianie statku do pada? Ja bawiłem się nim bardzo przyjemnie, przez pierwszą godzinę - później dodatkowy plastik na padzie zaczynał mi trochę ciążyć. Doceniam jak to wszystko zostało zaprojektowane i wykonane, zabawki są naprawdę fajne - podobnie jak kolorowe stoiska z dodatkami, które można zobaczyć w sklepach rtv/agd. To nisza, w której od jakiegoś czasu nic nowego się nie dzieje i jest szansa na to, że ludzie chcą kupować takie fizyczne dodatki do gier. Jeśli jednak nie, to Ubi nieźle wtopił na produkcji figurek i statków, które będą teraz zalegać w magazynach.

Mi się Starlink: Battle for Atlas podoba. Gra się przyjemnie, oprawa jest fajna, historia lekka i przyjemna, a dubbing dobrze wykonany. Strzela się ciekawie, trochę jak w Destiny, zmiana broni na fizycznym modelu statku to ciekawy i oryginalny pomysł. Odbiór gry jest pozytywny, jestem jednak bardzo ciekawy czy przełoży się on na zadowalającą sprzedaż. Bo to to może być wielki powrót lub ostatni gwóźdź do trumny fizycznych dodatków do gier - w postaci figurek, portali i innych gadżetów.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy: