Gry

Absurdy żywieniowe w grach, czyli czego o jedzeniu nie uczą nas Wiedźmin, Bioshock i inne

Redakcja Antyweb
14

W języku angielskim funkcjonuje pojęcie „suspension of disbelief” - można je rozumieć jako „zawieszenie sceptycyzmu”. Najczęściej odnosi się ono do filmów i literatury, i oznacza dobrowolne uznanie czy zignorowanie nieprawidłowości w treści – przykładowo wiemy, że Nazgule i elfy tak naprawdę nie istnieją, ale zawieszamy nasz sceptycyzm podczas seansu „Władcy Pierścieni” i pozwalamy filmowi snuć swoją opowieść. Podobnie funkcjonują gry – rzeczywista szermierka jest nieporównywalnie bardziej skomplikowana niż „lewy szybki, prawy silny”, ale jesteśmy skłonni ustąpić z piedestału realizmu na rzecz rozrywki.

Autorem tekstu jest Julia Piwowarczyk, dietetyk w firmie Wygodna Dieta, prywatnie zapalony gracz o umiarkowanych zapędach literackich.

Zdarza się jednak, że twórcy wymagają od nas takiego „zawieszenia”, które wykracza poza standardowe ramy uproszczeń. Najczęstszą ofiarą takiego redukcjonizmu pada w grach odżywianie – z całym dodatkowym balastem zdrowia, zmęczenia i fizjologii. Serce mam gracza, ale zawód – dietetyka. Chciałabym podzielić się z Wami najbardziej osobliwymi niezgodnościami, z jakimi miałam okazję się spotkać. Nie będę w tym artykule uzasadniać zabiegów upraszczających czy też zmieniających sposób działania ludzkiego organizmu. Przeanalizuję jedynie to, co już mam na talerzu.

Wiedźmin 3

Chciałabym z miejsca „przyjąć na klatę” słonia w salonie i odnieść się do wiedźmińskiej fizjologii - jest ona inna od ludzkiej, dzięki czemu mogą oni przyjmować toksyczne eliksiry, starzeją się wolniej i są ogólnie sprawniejsi fizycznie. Można by więc argumentować, że "ludzkie" zmartwienia żywieniowe nie mają zastosowania do Geralta. Pamiętajmy jednak, że:

- Wiedźmińskie mutacje pozostawiają także negatywne ślady w organizmach - jak choćby bezpłodność, czy utrata pigmentu we włosach. Nie możemy więc zakładać, że przejście Próby Traw poprawia immunologię bez skutków ubocznych

- Omawiam tu grę, ale postać pochodzi ze świata literackiego; przez dwa tomy opowiadań i całą narrację pięcioksięgu Geralt je i pije to, co jego towarzysze, a gdy mierzi go głód, to nie ucieka się do zajadania przypadkowych liści czy kory drzew, tylko - chociażby - próbuje łowić ryby z Jaskrem (że wyławiają lampę dżinna to inna sprawa).

- Geralt nie zwykł stronić od alkoholu, który działa na niego normalnie - co potwierdza przynajmniej częściową podatność na szkodliwe substancje.

Przyjmujemy zatem roboczą hipotezę, że może i wiedźmin to zmutowany człowiek, ale nadal człowiek.

A zatem:
Nie dotykam alchemii, gdyż jest to sfera fantastyki. Ale już trzymane "pod ręką" surowe kawałki wilczej wątroby - ależ bardzo proszę.

Po pierwsze - nieodpowiednie przechowywanie świeżego surowego mięsa skutkuje jego zepsuciem, a Geralt cały swój ekwipunek przechowuje „pod ręką”, co dodatkowo zwiększa ryzyko ewentualnego zanieczyszczenia.

Po drugie - tasiemiec uzbrojony. Występuje u świń i dzików, a także w postaci jaj na nieumytych jarzynach - żadne z tych ciał wilkiem nie jest, ale prawdopodobieństwo znalezienia się każdego z nich w pobliżu wilka lub otarcia się o niego jest bardzo wysokie. Teoretycznie Geralt powinien być bezpieczny – wątroba żywiciela ostatecznego jakim jest wilk nie stanowiłaby zagrożenia nawet jeśli ów zjadł wcześniej zarażonego dzika. Ta sytuacja zakłada jednak, że Geralt miałby dostęp do czystej wątroby, niezanieczyszczonej treściami jelitowymi, co wydaje się mało prawdopodobne po spotkaniu z wiedźmińskim mieczem.

Podobnie rzecz się ma z obecnością włośnia krętego oraz zagrożeniem Kampylobakteriozą – choć tutaj zagrożenie spowodowałoby spożycie mięśni poprzecznie prążkowanych, a zatem mięsa pochodzącego bezpośrednio z wieprzowiny. Tutaj pomogłaby obróbka termiczna w przynajmniej 70 stopniach Celsjusza.

Poza przyspieszoną regeneracją zdrowia Geralt mógłby zatem spodziewać się: bóli mięśniowych, głowy, kostnych, brzucha, obrzęku, powikłań trawiennych, skoków temperatury i dreszczy, redukcji masy ciała, nudności i ogólnego osłabienia.

Chwała jednak Redom za takie zaprojektowanie mechaniki jedzenia Dzikiego Gonu, że zjedzenie kilku takich smakołyków na raz nie potęguje ich efektu, co pozwoliło na uniknięcie niedorzecznych wyczynów akrobatyki przełyku, jakiej regularnie oddają się postacie graczy The Elder Scrolls.

Tutaj poświęcę uwagę raczej różnorodności diety (oraz prawom fizyki). Teoretycznie możliwe jest przygotowanie sobie jadłospisu, który z dnia na dzień wygląda identycznie, a odpowiednio zróżnicowany zaspokaja wszystkie potrzeby organizmu. Jednakże delikatne wahania proporcji, nieuniknione przy nawet nieznacznych różnicach składu potraw – bo: a to większy pomidor niż wczoraj, a to mniej wody w szklance - przy takim formacie posiłki potęgowałyby się wzajemnie, pozbawione szansy na bilans tych strat, które bardziej urozmaicona dieta reguluje sama bez naszej ingerencji.

Wyobraźmy sobie więc co ma począć organizm skazany na warunki ekstremalnie niezróżnicowanej diety. W Skyrim mój argonianin zjadał co się nawinęło, a zwykle było to kilka sztuk tej samej potrawy. Jego organizm, który do tego otrzymuje pokarm bez najmniejszej prawidłowości i planu dnia (co negatywnie wpływa na produkcję kwasu żołądkowego i może doprowadzić do zgagi), jednocześnie za nic ma tak podstawowe dla nas pojęcia jak "objętość żołądka', "rozmiar szczęki" czy "perystaltyka". Co więcej, taki organizm w ten sposób się regeneruje!
Nie chcę nawet wyobrażać sobie obrażeń mechanicznych, którymi dotknięte muszą być przełyki i żołądki mieszkańców Tamriel - krwotoki wewnętrzne, rozlewanie treści żołądka, wymioty, później - a to naprawdę łaskawy wyrok - intensywne, kilkudniowe zaparcia.

Natomiast ambiwalentny jest mój stosunek do Darkest Dungeon – na pierwszy rzut oka gry ciekawej i dopracowanej. Po pierwsze, postacie w DD jedzą głównie dlatego, że muszą, a nie w celu optymalnego przywrócenia sobie zdrowia. Przekąsić coś mogą podczas postoju przy ognisku (możemy nawet dostosować obfitość posiłku), ale także odkrywając kolejne lochy, jaskinie i tunele, podczas losowych Testów Głodu. I to w nich kryje się gwóźdź programu, bowiem są one kompletnie losowe.
Z jednej strony, jest to element trudności gry; musimy być przygotowani, zrobić zapasy, nigdy nie możemy być pewni, czy ich wystarczy – gra umiejętnie buduje napięcie. Do tego humanizuje naszą ekipę – jedzą nie dlatego, że ja chcę ich wyleczyć. Jedzą, bo oni sami są głodni.

Więc w czym rzecz? W losowości głodu. Nie zdarza się to często, ale bywa tak, że zaraz po rozpoczęciu misji uderza nas kilka Testów Głodu z rzędu, pozbawiając zupełnie zapasów. I gdy potem zdecydujemy się rozbić obóz, nie mamy czym nakarmić ekipy. Cała misja została utrudniona przez fanaberie metabolizmów.

I odwrotnie – możemy wykarmić naszych podopiecznych przy ognisku do takiego stopnia, że kolejnego kęsa po prostu nie przełkną, by dostać w twarz Testem Głodu dwa kroki za dogasającym ogniskiem. Niecodzienne plany żywieniowe bohaterów kłują w oczy tym bardziej, że realnie wpływają na przebieg gry – DD jest pod tym względem jedną z bardziej okrutnych pozycji a zarazem przykładem przeciwnej skrajności – gdzie Wiedźmin 3 szczędzi Geraltowi tasiemca, tam DD boleśnie karze niedocenienie nieprzewidywalnego apetytu towarzyszy. Przy czym, będąc przeciwieństwem w kwestii „ułatwiania” i „upraszczania”, pozostaje nadal, tak samo jak poprzednicy, winne nieścisłościom – wspominałam już o nieregularnym obżarstwie przy okazji Skyrim, w DD absurd idzie jednak o krok dalej – postacie odmawiające posiłku w obozie mogą się domagać prowiantu natychmiast po opuszczeniu obozowiska. [POWTÓRZENIE]

Drobna uwaga odnośnie Super Mario Bros – drobna dlatego, że gra jest przepełniona niejednokrotnie już wytkniętymi absurdami (hydraulik ratuje księżniczkę przed żółwiosmokiem)
i nie ma sensu powtarzać truizmów.

Fire Flower – moja prywatna teoria odnośnie przyczyny nagłego zyskania przez Mario zdolności miotania ognia zakłada, że nabawił on się ekstremalnej niestrawności po błyskawicznym spałaszowaniu nieznanego mu kwiatu, w całości z łodygą, liśćmi oraz prawdopodobnie wszelkimi nieczystościami znajdującymi się w ziemi.

Bioshock (Infinite) – jedzenie w śmieciach, hot dogi

Podróżując po Kolumbii zdarzyło mi się niejednokrotnie doświadczyć rogu obfitości jakim okazały się jej pojemniki na śmieci – pieniądze, napoje i amunicja do granatnika chowały się tam na porządku dziennym. Hitem natomiast okazały się zajadane radośnie przez Bookera, wyciągane bezpośrednio ze śmieci, hot-dogi, fasola i wata cukrowa.

Wyjadanie smakołyków ze śmietnika to właściwie rosyjska ruletka. Stanowczo odradzam takie próby, jeżeli nie jestem w stanie przewidzieć, co dokładnie ryzykujemy. Wszystko zależy od zawartości śmietnika.
Są jednak pewne „popularne” typy – stare butelki po piwie z resztkami nie wiadomo czyjej śliny przy szyjce, zapleśniałe owoce, czy równie zapleśniałe ciasto, będące jednocześnie bułką od wspomnianego, kilkudniowego hot-doga, cała masa jedzenia, które upadło na ziemię i teraz pełne jest piasku i bakterii, a jeżeli śmietnik jest otwarty – owady dopełnią dzieła. (chociaż akurat tutaj Bioshock Infinite ma odpuszczone – podejrzewam, że w Columbii owady zdarzają się sporadycznie).

A oto konkrety:
- bakteryjne zatrucia pokarmowe
- jedzenie w kontakcie z chemią i nieczystościami
- uszkodzenia mechaniczne przełyku (fragmenty potłuczonego szkła, opiłki metalu), i ewentualne infekcje z nich wynikające
- Salmonella

A to wszystko pomijając wątpliwe walory smakowe i zapachowe takiej uczty, które same w sobie mogłyby spowodować „obronne” wymioty (żołądek mądrzejszy od mózgu).

Na koniec, w skrócie, kilka ciekawych przykładów z drugiej strony:

Minecraft – daleko mu do symulatora Gordona Ramsaya, ale stopień w którym studio Mohjang pozwala graczom na kulinarne wojaże jest doprawdy imponujący, szczególnie w zestawieniu z kolegami powyżej.
Dostępna jest dieta białkowa (jajka kurze), wołowina i wieprzowina, którą możemy potraktować obróbką termiczną w piecu dzięki czemu stanie się bardziej pożywna, chleb a także opcja wege w postaci zupek grzybowych. Do tego system głodu, który nagradza nas regeneracją zdrowia za odpowiednie odżywianie, i karze jego utratą w przypadku zaniedbania. Nadal obecne są nieścisłości, jak choćby brak zróżnicowania, ale jest to imponujący krok w kierunku realizmu bez jednoczesnej przesady.

My Summer Car – symulator konstrukcji samochodu. Nasza postać to nastoletni Fin, którego rodzice wyjechali na wakacje. Postanawia on więc spędzić lato składając samochód.
Tylko tyle i aż tyle; konstrukcja samochodu jest odwzorowana z zatrważającą precyzją, czasem trzeba wybrać się na zakupy, wykonać drobne prace aby zarobić oraz pilnować potrzeb naszego bohatera, jak jedzenie, picie, sen czy higiena. Podobnie jak w Minecrafcie, mamy kilka opcji (m.in. pizza, kiełbasy, makaron, kawa, mleko, woda), ale nie musimy pilnować zróżnicowania, choć potrawy różnią się wartością odżywczą, to nasz bohater spokojnie przeżyje na piwie i chipsach.

SCUM – Battle Royale połączone z wymagającym survivalem, w Steamowym wczesnym dostępie od końca sierpnia tego roku. Gra wymaga od nas zarządzania kaloriami, składnikami odżywczymi w pokarmie, musimy stale wypatrywać pożywienia lub robić zapasy, gdyż postać szybko robi się głodna, a do tego przejadając się ryzykujemy wystąpienie nudności.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu