50

Absurdalny elektroniczny test ciążowy jest szybszy od mojego pierwszego komputera

Jeśli ktoś śledzi rynek technologiczny, z pewnością zauważył tendencję do tego, aby absolutnie każdą analogową rzecz próbować odtwarzać w wersji elektronicznej. Nieważne czy jest taka potrzeba, czy nie, szereg producentów liczy, że e-wersja przyniesie mu miliony. Co gorsza, poprzez ciągłe pompowanie pustego pieniądza w gospodarkę, środków na głupie inwestycje było w ostatnim czasie całkiem sporo. W efekcie część pomysłów, które normalnie trafiłyby do kosza, wylądowała w sklepach. Elektroniczny test ciążowy to chyba Himalaje tego trendu...

Hi-tech? Chyba scam-tech…

Być może część z Was zaczęła się zastanawiać, o co mi chodzi. Hej, postęp jest przecież potrzebny w każdej dziedzinie. Dziś przecież zaawansowane urządzenia medyczne nosimy na przegubach rąk i co więcej, potrafią być bardzo skuteczne. Niektóre z nich potrafią być dokładniejsze od klasycznych. Zgadza się, sam wiele razy pisałem o tym, że nowoczesna elektronika i osobiste urządzenia medyczne to przyszłość, która zrewolucjonizuje naszą profilaktykę zdrowotną. Tyle że to nie ten przypadek.

Użytkownik „foone” z Twittera, korzystając z okazji, że jego żona potrzebowała zweryfikować swój stan, przeprowadził dokładną analizę tego kosztującego w Stanach 7 dolarów urządzenia. Jak się okazało, pod względem diagnostycznym jest to dokładnie to samo co tester analogowy, różniący się tylko tym, że wynik zamiast w postaci dwu pasków, pojawia się jako napis na wyświetlaczu LCD.

Zapytacie więc, skąd bierze się wynik w wersji elektronicznej. Otóż dokładnie jak w „analogu” urządzenie zawiera papierowy tester, na którym pojawiają się znane wszystkim kreseczki. Papier w wyniku kontaktu z moczem staje się jednocześnie wilgotny i zaczyna przewodzić prąd pomiędzy dwoma płytkami go dotykającymi, uruchamiając elektronikę. System podświetla pasek przy pomocy trzech diod led, a dwa fotosensory rozpoznają jakie kreseczki się wyświetliły i przekazują tę informację do mikrokontrolera. W efekcie system wyświetla na ekranie LCD napis „Pregnant” lub „Not pregnant”. To jest tak głupie, że nawet teraz nie mogę wyjść z podziwu.

To może ekologia?

W pierwszym momencie, gdy przeczytałem te informacje, pomyślałem że może kluczem do jego powstania jest ekologia. Wiecie, w ciągu życia takich alarmów ze strony dziewczyny / żony może być kilka, więc może chodzić o to, żeby nie zaśmiecać plastykowymi testami naszej planety. Trochę co prawda mi się to nie kalkulowało, ilość takich testów zużytych w czasie całego życia aż tak duża jednak nie jest, a odstępy czasu pomiędzy takimi „akcjami” mogą być spore… Do tego trzebaby jakoś rozwiązać sprawę higieny, ostatecznie jest to badanie moczu.

Po dokładniejszej lekturze całego wątku okazało się jednak, że moje rozważania nie mają sensu. Urządzenie jest jednorazowe. Tak, dobrze czytacie, papierowego paska w testerze nie da się wymienić i po użyciu całość ląduje w koszu. Znaczy to tyle, że jest to jeden, duży i bezsensowny elektroniczny śmieć, a biorąc pod uwagę, że jest dystrybuowany między innymi przez Walmart, jego produkcja idzie zapewne w milionach. Płytka drukowana, procesor, czujniki, bateria, ekran LCD oraz znacznie większa od zwykłego testu obudowa z plastiku służą raz i koniec.

Komputerek do obsługi absurdu

Wspomniany twitterowicz przeprowadził też analizę elektroniki użytej do stworzenia tego absurdalnego urządzenia. Jak się okazuje użyto tu 8-bitowego procesora / mikrokontrolera Holtek pracującego z częstotliwością 4 Mhz i wyposażonego w 64 bajty pamięci. O wyświetlaczu, LED-ach i czujnikach już wspominałem, a całość uzupełnia jeszcze bateria CR1616 3V.

„foone” twierdzi, że pomimo małej pamięci, ze względu na specyfikę architektury tego układu, w zakresie podstawowych operacji jest on prawdopodobnie szybszy niż… oryginalny IBM PC. To oznacza, że z pewnością zostawia w tyle mój pierwszy komputer, czyli wyposażonego w 8-bitowy procesor MOS Technology 6510 @ 1 MHz Commodore C64. Przypomnę, mówimy o jednorazowym testerze ciążowym. „foone” chciał na nim zainstalować „Dooma”, ale zastosowany układ okazał się być w wersji nie pozwalającej na modyfikacje… ;)

Brak słów

Za to wszystko użytkownik musi zapłacić od 7 dolarów za sztukę, przy cenie za klasyczny test wynoszącej 20 centów. Szczerze powiedziawszy, to tuż po włączeniu tego urządzenie, jedyne co się powinno wyświetlać to napis „You are so stupid”. Nie da się tego zakwalifikować jak scam, urządzenie koniec końców wykonuje to, co ma zrobić, ale jest rodzaj naciągania ludzi na kasę, przy wykorzystaniu naiwnej wiary, że to co elektroniczne musi być lepsze / dokładniejsze.

 

Źródło: twitter