Autonomiczny samochód to wynalazek ludzkości, który jednych cieszy, a drugich nie bardzo. Choć sam jeszcze nie dochrapałem się prawa jazdy jestem zdania, że o ile te nie wejdą nam z butami do zastosowań konsumenckich, to będzie dobrze. Jazda samochodem jest fajna (uprzedzam pytanie, „uczę się” jeździć) i raczej nie odmawiałbym sobie tej przyjemności tylko dlatego, […]

Autonomiczny samochód to wynalazek ludzkości, który jednych cieszy, a drugich nie bardzo. Choć sam jeszcze nie dochrapałem się prawa jazdy jestem zdania, że o ile te nie wejdą nam z butami do zastosowań konsumenckich, to będzie dobrze. Jazda samochodem jest fajna (uprzedzam pytanie, „uczę się” jeździć) i raczej nie odmawiałbym sobie tej przyjemności tylko dlatego, że samochód sam jedzie, a ja mogę sobie robić cokolwiek innego.

Z jednej strony – samochód jest niemalże nieomylny. Google „jeździł” autonomicznymi autami przez długi czas i zdarzyła się tylko jedna wpadka. Policjant zatrzymał taki wóz giganta z zamiarem wypisania mandatu. Kierowcy nie zastał… no to mandatu nie ma. Generalnie jednak nie słyszałem o sytuacji, w której wózek od Google dałby ciała. Jeżeli ma być bezpieczniej, to świetnie. Zastanowię się. Bardziej bym widział autonomiczne wozy dostawcze – od wielu osób słyszę, że kierowcy TIR-ów to prawdziwa zmora. Ale nie generalizuję, zapewne są tacy, którzy jeżdżą bezpiecznie, „z empatią” i nie stwarzają zagrożenia na drodze.

Z drugiej jednak – wpuszczenie autonomicznych samochodów na drogi wbrew pozorom wymaga pewnych zmian. Przede wszystkim takie pojazdy trzeba jakość umieścić w literze prawa. Przyjmijmy hipotetyczną sytuację – jechał sobie taki wóz, potrącił pieszego (tfu, tfu), pieszy niestety zmarł. Co więcej, ekspertyza wykazuje, że winny nie był pieszy, a samochód. Kto odpowiada? Korporacja? Programista? Samochód dostaje wyrok na zezłomowanie? Nawet, jeżeli okaże się, że zawiódł samochód, może się okazać bardzo trudne dowiedzenie, że ktokolwiek konkretny ponosi winę. Jak na razie autonomiczne auta kojarzą nam się z Teslą i modelem S, gdzie zastosowano namiastkę tej technologii. Jednak „pomysłowość” użytkowników skłoniła samego CEO firmy do przemyślenia swojego posunięcia, bo okazuje się, że mimo ostrzeżeń, kierowcy puszczają auto samopas. A te w pewnych warunkach może sprowadzić nieszczęście na siebie, pasażerów i innych użytkowników drogi.

auto-1006216_1280

Zwolennicy autonomicznych aut podnoszą argument mówiący o tym, że takie wozy potrzebują znacznie mniej miejsca na drodze (ze względu na nieomylność i genialną precyzję) – zmieszczą się wszędzie, miasto na tym zyska, ludzie na tym zyskają – wszystko pięknie. No, ale nie zapominajmy również o tych, którzy będą sobie chcieli jednak samochodem pojeździć. Boston na ten przykład już zabrał się za synergię świata autonomicznych aut i tych konwencjonalnych – planowany jest specjalny, wielopoziomowy parking dla autonomicznych aut, gdzie te mogłyby czekać, aż ich właściciele je przywołają, by zawiozły ich do pracy. Na razie tylko 6% miast Narodowej Ligi Miast USA spełnia przynajmniej minimum kryteriów, by być gotowym na przyjęcie tego wynalazku. Kolejne trzy procent zamierza się za ten temat zabrać. Reszta? Reszta nawet o tym nie myśli. Do czego zmierzam? Autonomiczne auta są genialne, wiele zmienią i zapewne się przyjmą. Ale realizacja założeń tejże to również żmudne przygotowania, nowe wyzwania zahaczające nawet o kwestie moralne i musimy być na to gotowi. Jesteśmy? Cóż, nie bardzo. A w dobie takich usług jak Uber, technologia samodzielnie jeżdżących samochodów będzie przyspieszać. W sumie, nie wszystkie większe miasta są nim zainteresowane. Największy wróg autonomicznych aut? Nie korporacje, nie ludzie, nie pieniądze. Zastój, Drodzy Moi. Tutaj szukajmy przeciwnika tego wynalazku.

Grafika: 1, 2