Twitter

15 dolarów dziennie - tyle kosztuje influencer siejący dezinformację

Paweł Winiarski
8

Mozilla Foundation przeprowadziła badanie opisujące kenijską kampanię w mediach społecznościowych. Jej celem było podważenie zaufania do krajowego sądownictwa.

Na początku tego roku Sąd Najwyższy Kenii dokonywał przeglądu reform konstytucyjnych zaproponowanych przez kontrowersyjną inicjatywę prezydenta Building Bridges Initiative (BBI). Sprawą zainteresowała się Mozilla Foundation po tym, jak zauważyła pewne dziwne zachowania w sieci. Na Twitterze zaczęła pojawiać się seria hashtagów podważających sąd i poprawiających odbiór Building Bridges Initiavive. Wystarczyło małe śledzwo żeby odkryć tysiące kont promujących treści przychylne BBI i atakujących krajowe organy wymiary sprawiedliwości. Wyniki zostały opisane szczegółowo w raporcie, pokazując jak na tamtejszym rynku wygląda branża płatnej propagandy politycznej w mediach społecznościowych.

To nie wszystko. Badacze Mozilla Foundation przeprowadzili wywiady z osobami, które uczestniczyły w tej kampanii dezinformacyjnej. Według rozmów płacono im dziennie około 10-15 dolarów za tweetowanie hashtagów za pośrednictwem aplikacji portfela mobilnego M-Pes. W kampanii wzięło udział również wiele zweryfikowanych kont, w tym trzy należące do śpiewaków z kenijskiego chóru, którzy pomogli promować hashtagi #Justice4Sale i #AnarchistJudges. Podobno w niektórych przypadkach Twitter wyświetlał płatne reklamy przeciwko tym hashtagom.

Badacze zidentyfikowali ponad 20 tysięcy tweetów i retweetów wysłanych z 32743 kont w Kenii między majem, a czerwcem tego roku - wiązały się one z 11 różnymi hashtagami. Twitter twierdzi, że wiele wskazanych przez Mozilla Foundation kont zostało zbanowanych za naruszania zasad dotyczących spamu i manipulacji na platformie, to jednak część z nich wciąż była aktywna. Rzecznik Twittera powiedział, że "korzystając zarówno z technologii, jak i ludzkiej oceny, proaktywnie i rutynowo zajmujemy się próbami manipulacji na platformie i łagodzimy tę manipulację na dużą skalę, podejmując akcje na milionach kont każdego tygodnia."

Kenia i kampania BBI to jedynie wierzchołek góry lodowej. Mówi się wręcz o rozwijającym się na całym świecie przemyśle "dezinformacji na wynajem", w którym opłaceni, często powiązani z politykami aktorzy dostają pieniądze za szerzenie propagandy i zastraszanie przeciwników w mediach społecznościowych. Takie wynagrodzenia przechodzą przez wiele rąk zanim trafią do osoby, która faktycznie publikuje w sieci treści. Autorzy wpisów nie wiedzą tak naprawdę nawet dla kogo pracują, obstawiam że chodzi tu o uniemożliwienie ewentualnej identyfikacji zleceniodawcy.

Najczęściej używany jest do tego celu Twitter i chodzi o pewną różnicę względem Facebooka. Serwis Zuckerberga wymusza wręcz płacenie za promocję postów, w przeciwnym wypadku nie ma raczej szans by trafiły do dużej grupy odbiorców. Twitter natomiast analizuje trendy i jeśli jakiś hashtag zyskuje na popularności, jest promowany przez platformę. Algorytm za darmo napędza więc popularność tematu jeśli sam wyczuje, że ten trenduje i ma potencjał.

Co natomiast tyczy się całej twitterowej akcji związanej z BBI i kenijskim sądownictwem, nie udało się ustalić kto był zleceniodawcą i kto stoi za całym sieciowym zamieszaniem wokół podważania zaufania do organów sądowniczych w kraju. I obstawiam, że nie dowiemy się tego nigdy.

Ludzi, którzy nie weryfikują informacji i przyjmują przeczytane w sieci treści za pewnik jest niestety cała masa i tak naprawdę nie da się walczyć z dezinformacją w serwisach społecznościowych. A dodatkowo - jeśli jakiś hashtag jest popularny, buduje to w głowach użytkowników zaufanie do treści, która przecież promowana jest przez takiego właśnie Twittera.

źródło

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu