8

Zbyt łatwy dostęp do treści zabija ich wartość

Z każdym przełomem technologicznym, a tak naprawdę z każdym kolejnym rokiem dostęp do treści jest coraz łatwiejszy. Mam jednak wrażenie, że im łatwiej dotrzeć do muzyki, filmów i gier tym trudniej znaleźć coś wartego uwagi.

Dawno temu w Polsce

Wracając do rodzinnego domu lubię szperać w szufladach i szafach. Część rzeczy z mojej młodości oczywiście wylądowała w śmieciach, niektóre płyty, kasety i gazety wciąż tam jednak leżą. Fajnie do nich wrócić, w przypadku kaset VHS mam niestety problem – stare wideo (czy jako wolicie – magnetowid) Panasonica już nie działa. Problem oczywiście w kontekście odtworzenia filmu czy bajki na oryginalnym nośniku, sam materiał można oczywiście kupić jak nie w sieci, to gdzieś na płycie. Papierowe gazety umarły i nigdy już nie wrócą, są oczywiście wyjątki, ale niedawne zamknięcie papierowego Chipa było moim zdaniem ostatnim gwoździem do trumny technologicznych periodyków.

Pamiętacie jak kiedyś oglądało się bajki? Telewizja – dobranocki i weekendowe spotkania z Waltem Disneyem. Wciąż mam kilka kaset z serii Hanna-Barbera, gdybym teraz je włączył, pewnie okazałoby się, że wciąż znam wszystkie na pamięć. A dziś? Już sam Netflix to ogromny, podkreślam, ogromny wór wszelkiej maści bajek. I dziś to jedyne źródło kreskówek mojego syna – czasami sam się w nich już gubię, ciągle bowiem pojawia się tam coś nowego, również z polskim dubbingiem.

Muzyka? Kapitalnie działający radar premier Spotify nie tylko podpowiada co nowego pojawiło się w konkretnych gatunkach muzycznych – wystarczy kliknąć i od razu można wylądować na pełnym albumie. Mogłoby się wydawać, że niszowe gatunki są tam pomijane – nic z tych rzeczy, siedzę w metalowym podziemiu i ostatnio serwis podsunął mi pod nos debiut krakowskiego Over the Voids…, które wydała mała szwedzka wytwórnia Nordvis Produktion. Sam o tej premierze zapomniałem.

Media społecznościowe też idą z pomocą – wystarczy śledzić wykonawcę i od razu mieć informację o nowym teledysku, przy okazji szybko poznając mało istotne newsy z jego życia osobistego. Czasem niestety ciężko przez nie przebrnąć w poszukiwaniu czegoś ciekawego.

Gry? Milion promocji na Steamie kusi by wydać pieniądze. A potem w bibliotece są ich setki, z czego 5 rozpoczętych. Sam łapię się na impulsywnym kupowaniu (w tym nowości), a potem nie potrafię znaleźć czasu na ich zaliczenie.

Filmy i seriale? Abonamenty w kinach, Netflix, Showmax oraz inne większe i mniejsze usługi serwujące treści to idealne rozwiązanie dla miłośników obrazu. Czasem siadam jednak do Netfiksa i nie wiem co włączyć. Kusi jeden film, kusi drugi, mam dwa rozpoczęte seriale. A kiedy niechcący włączę YouTube, zapominam o tym co chciałem obejrzeć i zostaję tu.

Priorytety

Bardzo łatwo pogubić się w tym całym natłoku treści. Jeszcze trudniej wybrać coś wartościowego – dziś zwyczajnie nie warto robić rozeznania przed rozpoczęciem odsłuchu płyty czy seansu serialu dostępnego online. Czasem szybciej jest po prostu włączyć materiał, dać mu 30 minut i samemu sprawdzić czy warto przeznaczyć na niego czas. To oczywiście ogromny plus, podobnie jak brak terminów emisji – to ja decyduję kiedy i na jakim urządzeniu obejrzę swój serial.

W całym tym natłoku treści koniecznym jest ustalenie priorytetów. Łapanie kilku srok za ogon nigdy nie jest dobrym pomysłem – zaczniecie dwie płyty, trzy seriale i ostatecznie niczego nie skończycie. Rozmawiałem ostatnio ze znajomym, który magicznym sposobem wyrabia się ze wszystkim dzięki prostym zasadom. Planuje swoje wieczory z wyprzedzeniem, często na cały tydzień. W poniedziałek ogląda dwa odcinki serialu, we wtorek czyta książkę, w środę i piątek gra. Mówię oczywiście o tych bardzo późnych wieczorach kiedy hobby realizowane jest kosztem snu – po południu, podobnie jak duża część z Was ma tak zwaną codzienność, w której nie jest w stanie znaleźć miejsca na przyjemności.

Czy ta treść wciąż ma wartość?

O tym czy serial jest zły czy dobry, decyduje widz. Podobnie jest z filmami, książkami i płytami. Jako taką wartość oczywiście trudno podważać, jeśli jednak spojrzeć na to z indywidualnego punktu widzenia, jest ona zdecydowanie mniejsza niż pamiętam. A może po prostu z braku treści te dostępne stawiało się na wyimaginowanym ołtarzyku?

Dziś nawet mając tyle czasu co za młodu, nie oglądałbym 50 razy tego samego filmu, nie przechodziłbym 10 razy tej samej gry. Naokoło jest za dużo treści, chciałbym poznawać nowe, poszerzać swoje horyzonty zarówno jeśli chodzi o gry, filmy, muzykę jak i książki. Kiedyś nie było możliwości, nie było dostępu – a był czas. Dziś jest odwrotnie. Dlatego z jednej strony zazdroszczę młodszemu pokoleniu, które nie musi tak mocno starać się o nowy film czy płytę. Jednocześnie współczuję, bo w takim gąszczu treści trudno coś zapamiętać, trudno mieć coś ulubionego, coś do czego się wraca. Młody konsument może też łatwo rozchorować się od natłoku informacji, multimediów, gubiąc się w tym całym cyfrowym świecie. Bo – powiedzmy to sobie jasno – dostęp do tych wszystkich treści to zasługa internetu, rozwoju technologicznego i postępującej cyfryzacji naszego życia. Dlatego dzieciaków trzeba dziś pilnować bardziej niż kiedyś, wybierać treści dla nich i zamiast kolejnej bajki która niczego nie wnosi, spróbować takich cyfrowych atrakcji, jak chociażby opisywana przeze mnie niedawno godzina programowania z Minecraftem.

Ciągle słyszę, że tu jest za mały katalog seriali, tam za mało wykonawców. Ja natomiast widzę, że wszystkiego jest za dużo i mają te 2-3 godziny dziennie na konsumowanie treści, po prostu brakuje czasu na ogarnięcie choćby połowy fajnych materiałów.

grafika: 1, 2