11

Streaming nadal niesprawiedliwy? Miliardy dolarów dla platform i wytwórni w 2018

Sprawy związane z zarobkami artystów na platformach streamingowych niejednokrotnie wzbudzały ogromne emocje. Dochodziło nawet do wycofania muzyki z usług, ale sytuacja najwyraźniej nie uległa drastycznie poprawie.

Ile zarabia się na streamingu?

Tylko spójrzcie na tę kwotę: 6,93 miliarda dolarów (podana przez Music Business Worldwide). Dokładnie tyle zarobiły sumarycznie trzy największe wytwórnie muzyczne w 2018 roku dzięki wpływom z usług streamingowych. To oznacza, że dziennie przychody wynosiły aż 19 milionów dolarów, a w ciagu godziny wpływało na ich konto 800 tysięcy dolarów. Jeszcze ciekawiej wypadają te liczby, gdy porównamy rynek streamingowy z całym rynkiem muzycznym – tam, dzięki wszystkim formatom i sposobom dystrybucji, wytwórnie zarobiły 13,14 miliarda dolarów. Oznacza to, że streaming odpowiada za ponad połowę całej kwoty.  Przywołajmy też dane Recording Industry Association of America, według których streaming odpowiada za 75% dochodów rynku muzycznego. Imponujące, prawda?

Zobacz też: Nowa funkcja w Tidal – od teraz możesz zablokować nielubianych artystów

Mogłoby się wydawać, że rewolucja streamingowa przynosi same korzyści, bo wzrosty wpływów oznaczają coraz większe zainteresowanie słuchaczy, którzy wybierają usługi online nie tylko ponad cyfrowe i fizyczne wersje albumów, ale również nielegalne źródła muzyki. Niestety, sprawa robi się mniej przyjemna, jeśli weźmiemy pod uwagę wszystkie strony, a przede wszystkim tę najważniejszą – artystów. Jaka część z tej góry pieniędzy trafia właśnie do nich? Za każde odtworzenie serwisy streamingowe wypłacają setne lub tysięczne części dolara, a aż 80% z tych wpływów pozostaje na koncie wytwórni. W niektórych przypadkach stosunek ten jest nieco inny, na przykład 50/50, ale dotyczy to raczej niewielkiej grupy wykonawców i przede wszystkim tych, którzy mają na tyle silną pozycję, że są w stanie negocjować warunki kontraktów.

Jak wyświetlić tylko pobrane pliki w Spotify na iOS i Android [poradnik]

Nie każdemu taki podział odpowiada. Nie każdy może z tym walczyć

Wszyscy pamiętamy przecież moment, w którym z serwisów streamingowych zniknęły utwory popularnej Taylor Swift – artystka uznała, że zapis, według którego wygenerowane odtworzenia w czasie darmowego okresu na początku subskrypcji nie przekładają się na wypłaty jest kompletnie niesprawiedliwy i zażądała zmiany. Bywają też sytuacje, gdy wykonawcy podejmują decyzję o nieudostępnianiu nowego albumu w modelu streamingowym – można go nabyć na krążku, winylu lub online, ale nie odsłuchamy go w ramach abonamentu. Zrobiła tak między innymi Adele przy okazji płyty „25”, a niektórzy z klasycznych wykonawców zdecydowali się na podpisanie umów ze Spotify czy Apple Music dopiero po naprawdę długim czasie. Pojawienie się dyskografii Black Sabbath czy Led Zeppelin w Spotify zawsze przypominało mi tak historyczne, jak włączenie do oferty sklepu iTunes wszystkich płyt The Beatles w cyfrowej wersji.

Polecamy: Spotify znów eksperymentuje. Nowy wygląd dla wszystkich

My nie mamy na co narzekać, ale…

Trudno dziś z fotela słuchacza polemizować z korzyściami płynącymi z wprowadzenia streamingu. Za niewielkie pieniądze otrzymujemy dostęp do kilkudziesięciu milionów utworów, których posłuchamy wygodnie na każdym urządzeniu i to nawet bez dostępu do sieci. Nawet jeśli lubimy kolekcjonować kompakty czy winyle, to i tak streaming jest świetnym uzupełnieniem, bo właśnie dzięki niemu najłatwiej jest odkrywać nowe kawałki i artystów. Oczywiście kupując płytę nie przekazujemy całej kwoty wykonawcom – łańcuch tego rodzaju dystrybucji jest dość podobny i wygląda na to, że nawet wkroczenie takiej rewolucji jak muzyka płynąca do nas przez sieć na każde zawołanie nie jest w stanie wpłynąć na to, jak rynek wyglądał od wielu, wielu lat.