16

Tidal lubi kopiować Spotify i właśnie to zrobił. To dobra i zła wiadomość jednocześnie

Tidal kojarzy mi się przede wszystkim z najwyższą jakością muzyki (w porównaniu do konkurencyjnych usług) oraz ochotą podążania własnymi ścieżkami. Niestety albo stety ostatnio coraz częściej powiela rozwiązania innych.

Przekształcenie WiMP-a w Tidal nie polegało jedynie na podmianie kolorystyki serwisu, ale także późniejszej reorganizacji interfejsu w aplikacjach: mobilnych i desktopowych. Ostatnie dwa lata to ciągłe poprawki i dążenie do sprostania oczekiwaniom użytkowników, którzy często wybierają Tidal jako alternatywę dla innych serwisów streamingowych, głównie Spotify. Robią to albo z powodu lepszej jakości dźwięku, albo bardziej atrakcyjnej oferty (np. w wyniku współpracy serwisu z operatorem). Nic więc dziwnego, że wśród opinii na temat wyglądu i działania Tidala cały czas znajdujemy porównania do największej usługi muzycznej wokół globu: Spotify.

Polecamy: Blokujesz reklamy w Spotify? To grozi usunięciem Twojego konta

W efekcie, Tidal coraz bardziej upodabnia się do Spotify. Dodanie automatycznie generujących się playlist zawierających ulubione utwory oraz kompletnie nowe kawałki, które mogą/powinny nam się spodobać, było świetnym krokiem Spotify, bo w ten sposób użytkownik jest bardziej zaangażowany i z większym zaciekawieniem sięga po usługę, więc Tidal robiąc to samo zyskał ważną funkcję. Kolejną nowością nadal jest opcja… blokowania artystów.

Pisałem o tym stosunkowo niedawno w odniesieniu do Spotify, które (nareszcie i w przeciwieństwie do Netfliksa) zorientowało się, że niektórzy użytkownicy są uczuleni na wybranych artystów i naprawdę nie chcieliby ich usłyszeć w ramach którejkolwiek z rekomendowanych playlist. To w pełni zrozumiałe, a nie wspomniałem o Netfliksie przypadkowo, bo tam wciąż trudno jest pozbyć się filmów, których (nie) widzieliśmy i z całą pewnością nie będziemy chcieli obejrzeć.

Tidal, zupełnie jak Spotify, umożliwi teraz na proste wyeliminowanie z widocznego przez nas katalogu konkretnych wykonawców. Z jednej strony nie mam nic przeciwko nadrabianiu zaległości, bo te funkcje na pewno są przydatne, ale zaczyna mi to powoli przypominać rywalizację Instagrama ze Snapchatem, a jak dobrze pamiętamy ten pierwszy bezczelnie skopiował rozwiązania z drugiej usługi i  wielu miejscach na świecie przekonał do siebie użytkowników rywala. Nie pokuszono się o stworzenie czegokolwiek nowego, lecz powielono pomysł innych.