76

Zaczęło się! Polityk, pedofil i lekarz też chcą zniknąć z Google

Kilka dni temu pisałem o wyroku Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, który narzucał na Google obowiązek usuwania z wyszukiwarki linków do stron z danymi osobowymi internautów na ich żądanie. Są i pierwsze efekty tej decyzji. Oto bowiem z prawa tego chcą już skorzystać pierwsze osoby… Spełnia się najczarniejszy scenariusz, jaki można było sobie wyobrazić w związku z […]

Kilka dni temu pisałem o wyroku Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, który narzucał na Google obowiązek usuwania z wyszukiwarki linków do stron z danymi osobowymi internautów na ich żądanie. Są i pierwsze efekty tej decyzji. Oto bowiem z prawa tego chcą już skorzystać pierwsze osoby…

Spełnia się najczarniejszy scenariusz, jaki można było sobie wyobrazić w związku z tą historią. Jak informują dziennikarze BBC, do Google zaczęły już spływać pierwsze wnioski o usunięcie linków do stron z danymi osobowymi danych osób. Jest to „owoc” pracy Trybunału Sprawiedliwości, który orzekł, że firma jest odpowiedzialna za tego typu treści i powinna spełniać żądania użytkowników niezależnie od tego, czy dana strona ciągle istnieje czy już nie.

Do Google w tej sprawie zgłosił się już m.in. jeden z ex-polityków, który chce usunięcia linków prowadzących do materiałów informujących o jego niewłaściwego zachowania w biurze. Ów polityk swoi właśnie przed wyborami, a więc wypadałoby dobrze wyglądać w oczach społeczeństwa, prawda? Inne żądanie pochodzi od mężczyzny skazanego za posiadanie dziecięcej pornografii. Z oczywistych względów nie chce, żeby newsy o całej sprawie były dostępne z poziomu wyszukiwarki (bo jak inaczej je dziś można znaleźć?). Pojawił się też wniosek pewnego lekarza, któremu przeszkadzają negatywne opinie, które w sieci umieścili jego pacjenci. To skutecznie odstrasza klientów, a skoro jest możliwość „wybielenia się”, to czemu nie skorzystać?

google-vs-eu

Prawo dotarło do granicy, za którą zaczyna się absurd. A może już ją właściwie przekroczyło? Pomysł na wprowadzenie „prawa do bycia zapomnianym” w UE narodził się już jakieś dwa lata temu. Wówczas może brzmiało to bardzo obiecująco. Biedny użytkownik w końcu miał otrzymać instrumenty pozwalające mu na internetowe katharsis – uwalniając się z okowów sieci, a właściwie znikając z niej  i czyszcząc wszystkie informacje na swój temat. Ta idylliczna wizja z miesiąca na miesiąc boleśnie zderzała się jednak z rzeczywistością. Trybunał Sprawiedliwości przekreślił jednak swoją decyzją wszystkie szanse na wypracowanie zdrowego konsensusu.

Dziś Mario Costeja Gonzalez jest prawdopodobnie jednym z bardziej znanych nazwisk Europy (a przynajmniej jej technologicznej części). Hiszpan, od którego zaczęła się cała sprawa, domagał się usunięcia z sieci informacji na temat licytacji jego zadłużonej nieruchomości (mówiąc wprost – nie płacił podatków). Lokalny urząd odrzucając wniosek o zdjęcie ze strony komunikatu przesłał jednocześnie drugą część wniosku dotyczącą Google dalej – do instytucji unijnych. Dziś o tym, że Gonzalez w 1998 roku nie płacił podatków, zadłużył się i stracił prawie swój dom wie cała Europa.

Wall Street Journal donosi, że Google w Niemczech już pracuje nad stosownym panelem pozwalającym na składanie wniosków o usunięcie wybranych linków z wyszukiwarki. Miałby on zostać udostępniony już w ciągu najbliższych dwóch tygodni. Będzie to jednocześnie początek pierwszej w dziejach Unii Europejskiej internetowej cenzury. Mechanizmu stworzonego na własne życzenie, który w teorii ma chronić prawa obywateli, a w praktyce ograniczać na szeroką skalę dostęp do informacji.