Na wstępie chciałbym się przywitać i zaznaczyć, że czuję się odrobinę jakbym wrócił na stare śmieci. Swego czasu miałem przyjemność zaserwować czytelnikom Niezgranych setki wpisów, wśród których oprócz newsów znalazły się też relacje z różnych imprez (około)growych, recenzje, felietony czy zapowiedzi. Jak na ironię, pośród recenzji był również tekst o wspaniałym Xenoblade Chronicles, czyli tej […]

Na wstępie chciałbym się przywitać i zaznaczyć, że czuję się odrobinę jakbym wrócił na stare śmieci. Swego czasu miałem przyjemność zaserwować czytelnikom Niezgranych setki wpisów, wśród których oprócz newsów znalazły się też relacje z różnych imprez (około)growych, recenzje, felietony czy zapowiedzi. Jak na ironię, pośród recenzji był również tekst o wspaniałym Xenoblade Chronicles, czyli tej samej produkcji, o której mam przyjemność się dziś rozpisać. Z tą różnicą, że tamtejsza recenzja dotyczyła wersji gry na Nintendo Wii, kilka lat później natomiast przyszło mi zachwalać jej kolejną edycję, tym razem będącą pierwszym (obecnie także jedynym) tytułem na wyłączność najświeższego wcielenia przenośnej konsolki Nintendo — new3DS.

Bionis i Mechonis — dwa bóstwa, które toczą ze sobą odwieczną wojnę do dnia, w którym ten pierwszy ucina rękę przeciwnika, a chwilę później zadają sobie wzajemnie śmiertelne ciosy. To odległa dla naszych bohaterów historia którą poznajemy w prologu, jednak bez jej znajomości poznanie tamtejszych realiów byłoby niezwykle trudne. Po latach zwłoki bóstw posłużyły jako podłoża, na których zbudowano miasta, osady i życie — pełne niebezpieczeństw i niepewności. Potomkowie bóstw nie dają za wygraną i wzorem przodków nie przestają ze sobą walczyć. Jednymi z wojowników o lepsze jutro jest zespół targanych żądzą zemsty i próbą zadośćuczynienia wyrządzonych dotychczas szkód śmiałków, którymi przyjdzie nam kierować.

Na początku zabawy do naszej dyspozycji dostajemy dwóch bohaterów: władającego pełnym tajemnic mieczem Monado, Shulka, oraz jego przyjaciela — Reyna. Wraz z kolejnymi przygodami do ekipy dołączać będą kolejne, mniej lub bardziej barwne, postacie. Te różnić się będą od siebie nie tylko doświadczeniami i motywacją do walki, ale także jej stylem. A jak na japoński RPG przystało, potyczki będą bardzo ważną część całej zabawy.

Zrzut_ekranu_042115_111533_AM

W Xenoblade Chronicles sprawujemy kontrolę wyłącznie nad jedną postacią — jeżeli miotanie Monado zacznie was nudzić, sprawdźcie na co stać pozostałych. Gwarantuję, że zdziwicie się jak odmienne podejście do kwestii pojedynków prezentują. Bez różnicy jednak kim będziecie kierować, walki zawsze są dynamiczne i wypełnione co rusz aktywowanymi z każdej strony ciosami czy umiejętnościami, które możemy udoskonalać zdobywając kolejne księgi technik i „nabywając” za punkty doświadczenia następne poziomy wtajemniczenia. Oprócz standardowych poleceń do których dostęp odnawia się co kilkadziesiąt sekund, czekać na nas będą także drużynowe ruchy specjalne. W lewym górnym rogu ekranu znajduje się pasek, po napełnieniu którego możemy reanimować towarzysza który poległ, ostrzec go przed zbliżającym się niebezpieczeństwem, albo — jeśli wypełniony jest po brzegi — aktywować atak drużynowy. Wówczas to całym zespołem rzucamy się na nieświadomych zagrożenia wrogów, wykorzystując dobrodziejstwa solidnego ataku łańcuchowego, w którym jeden po drugim zadajemy wybierane ciosy. Ich ilość uzależniona jest od naszej zręczności, a także sympatii panującej pośród obecnych w walce bohaterów i napięcia które im aktualnie towarzyszy.

Warto też wspomnieć, że podczas walki możecie zapomnieć o korzystaniu z jakichkolwiek przedmiotów czy zmianie kontrolowanego bohatera bądź jego ekwipunku. Nie jest to także gra, w której podbicie poziomu naszych postaci załatwi wszystkie problemy — przy odrobinie nieuwagi nawet o kilka leveli słabszy losowy przeciwnik może nas uśmiercić, szczególnie jeśli zaatakuje w grupie. Warto też wspomnieć, że przez lwią część Xenoblade Chronicles nasze doświadczenie rosnąć będzie równomiernie do tego, co reprezentować będzie paleta napotykanych wrogów, dzięki czemu nie ma mowy o godzinach spędzonych na nudnym grindzie kiedy utkniemy na jednym z bossów. Takowy, jeśli już, może was czekać na samym końcu, ale to także nie jest reguła — doskonale pamiętam problemy które przysporzyli mi ostateczni wrogowie przy pierwszym przejściu jeszcze na Wii. Tym razem, z porównaniem do tamtejszych doświadczeń, poszło stosunkowo łatwo; to jednak wciąż jedna z najbardziej wymagających finałowych potyczek z jakimi w ostatnich latach spotkałem się w grach wideo.

Zdjęcie z wersji na Wii, niestety nie dało się znaleźć dobrego i dużego zdjęcia z 3DS (ze względu na wielkość ekranu). Wersja na Wii ma oczywiście lepszą grafikę niż na 3DS:

maxresdefault

Walka zaprojektowana została z ogromną precyzją, ilość kombinacji które towarzyszyć będą statystykom naszych bohaterów jest kosmicznie rozbudowana. A wszystko zawdzięczamy nie dziesiątkom broni oraz zbroi które napotkamy na naszej drodze, a opcji wykładania ich klejnotami. Zestaw takowych często będzie ważniejszy niż sam oręż. Tworzeniem klejnotów zajmujemy się sami, zamieniając zbierane po drodze składniki na rzeczone dodatki. I tutaj pierwszy spory minus dla twórców — system ich tworzenia jest stosunkowo skomplikowany, a samouczki z nim związane zostały jednak potraktowane dość po macoszemu.

To dość dziwne podejście do sprawy, bowiem nowe elementy wprowadzane są do Xenoblade Chronicles 3D w solidnych odstępach czasu, a każdemu z nich towarzyszy spora dawka informacji jak z nich korzystać. Tamtejszy system może nie należy do najprostszych i najbardziej intuicyjnych, ale dzięki rozłożeniu zapoznawaniu nas z kolejnymi nowościami co kilka kolejnych godzin zabawy, staje się niezwykle przystępny nawet dla tych, którzy z gatunkiem mieli dotychczas niewiele wspólnego.

Oprócz głównego wątku, do naszej dyspozycji oddano setki zadań pobocznych. Niestety — za ilością nie stoi równie wysoka jakość. Wszystkie tworzone są na modłę przywodzącą na myśl to, czym raczeni jesteśmy w grach MMO — przyjdź, pójdź, znajdź, pokonaj x przeciwników danej rasy. Krótko mówiąc — nuda. Część z nich zaliczymy mimowolnie podczas naszej przygody i choć po raz kolejny próbowałem przekonać się do ich wykonywania, tym razem także poległem. Tym bardziej, że niespecjalnie zależało mi na tamtejszych nagrodach — jeśli jednak planujecie targnąć się na opcjonalnych bossów, warto mieć je na uwadze. Jeśli nie w całości, to chociaż w jakimś solidnie punktowanym zestawie. O wiele lepiej wypadło poszukiwanie miejsc heart-to-heart, dla których przygotowane zostały specjalne scenki dla par bohaterów, które pozwalają nie tylko nabić punkty doświadczenia, ale też wzmocnić ich relacje, a nierzadko też poznać ich od strony, która nie została zaprezentowana podczas scenek przerywnikowych towarzyszących głównemu wątkowi.

Na starcie wspomniałem już, że Xenoblade Chronicles 3D jest póki co jedyną grą na wyłączność new 3DSa. Ta w porównaniu do poprzedników może poszczycić się mocniejszym procesorem, lepszym wykonaniem, a także trackpointem mającym zastąpić drugi analog. O ile gołym okiem widać, że trzeci wymiar w przenośnym graniu naprawdę ma sens dzięki śledzeniu naszego wzroku i nie rozjeżdżaniu się gdy tylko przesuniemy głowę bądź konsolę o kilka milimetrów, o tyle odnoszę wrażenie, że sprzęt jest wciąż za słaby aby uciągnąć tę produkcję. W drugiej połowie gry, kiedy pojedynki są nie tylko bardziej wymagające ale też efektowne i najeżone większą ilością rywali, często widać drażniące spadki animacji. Te potrafią nas wyprowadzić z równowagi, szczególnie kiedy wszystko usiłuje wrócić do normy i nie wiemy na czym stoimy, a przed nami element zręcznościowy polegający na wciśnięciu przycisku w odpowiednim momencie. Porównując też obie wersje widać spory graficzny downgrade, który dotknął wersji dla 3DSa. Żadne z tych technicznych niedoskonałości nie umniejszają jednak grze jako całości. Lokacje pozostały ogromnymi, oddanymi do naszej dyspozycji przestrzeniami, w których warto zajrzeć do każdego zakątka. W tle zaś nieustannie przygrywa muzyka, której odsłuchiwanie na dość marnej jakości głośnikach konsolki powinno być prawnie zabronione, przed rozpoczęciem przygody koniecznie wyposażcie się w dobrej jakości słuchawki!

Xenoblade Chronicles to w mojej skromnej opinii jedna z najbardziej niedocenianych gier ostatnich lat. Niewielki nakład wersji dla Wii rozszedł się błyskawicznie i obecnie trudno kupić ją w cenie niższej niż życzono sobie na nią na premierze — zresztą stacjonarna konsola Ninny była raczej ignorowana / wyśmiewana przez prawdziwych graczy. Obawiam się, że tym razem historia też może zatoczyć koło. Xenoblade Chronicles 3D jest jedyną grą na wyłączność nowego sprzętu, a co gorsza — nie słychać, by zbliżały się kolejne. To prawda, sprzętu o wiele bardziej dopracowanego, jednak wielu posiadaczy starszych edycji 3DSa prawdopodobnie nie odczuje potrzeby aktualizacji handhelda. Ta rozbudowana przygoda w nieznane po raz kolejny wyrwała mi grubo ponad sześćdziesiąt godzin z życia i mam cichą nadzieję, że uda się jej zachwycić kolejne rzesze graczy. Warto się z nią zapoznać tym bardziej, że posiadacze Wii U już niebawem będą mogli cieszyć się jej sequelem — Xenoblade Chronicles X, który, jak wynika z udostępnionych dotychczas materiałów promocyjnych, ani trochę nie planuje zaniżyć poziomu, a wręcz przeciwnie!