9

Wybór ulubionych gier? To proste — nostalgia wygrywa, nawet jeżeli jest… dość pokrętna

Nostalgia to rzecz niezwykle dziwna. Według jednego z haseł encyklopedycznych to nie tylko tęsknota za ojczyzną, jak zwykło się regularnie powtarzać w szkole, ale także za rzeczami utrwalonymi w pamięci lub wymarzonymi. I to właśnie tak postrzegam moją tęsknotę za grami wideo na 16-bitowych konsolach, których nie poznałem w czasie ich świetności — a są tylko jakimś wyrywkiem wyobrażeń dzieciaka, który pojedyncze zrzuty ekranu miał szansę oglądać w (zagranicznej) prasie — a później także w internecie.

Po co mi to wszystko? Czasem sam się zastanawiam, a później podłączam i… już wiem

Kilka osób pytało mnie: po co mi te wszystkie stare konsole i kartridże, przecież w XXI wieku mogę sobie bez większego problemu odpalić te gry w przeglądarce — o portach, konsolach z mini w nazwą i innych ścieżkach nawet nie wspominając. Owszem, mogę — i czasem faktycznie sięgam po te tytuły w wersji z Virtual Console. Ale prawda jest taka, że nigdzie nie smakują one lepiej, niż na oryginalnym sprzęcie — konsoli o której przed laty mogłem co najwyżej pomarzyć. Ta moja nostalgia to takie trochę spełnianie marzeń, które kiedyś były poza moim zasięgiem. Nawet jeżeli to kiedyś było już po czasach świetności tych sprzętów.

W dzieciństwie miałem Amigę (no, Commodore CDTV) — która obudziła we mnie miłość do gier z ery 16-bitowców. I nawet kiedy świat ruszył naprzód i zachłysnął się 3D w domowym zaciszu, a sam ogrywałem najnowsze przygody Lary Croft — nigdy nie przestałem za nimi tęsknić. Regularnie wracałem do starych magazynów, a kiedy pojawił się internet — łamanym angielskim szukałem więcej informacji na temat produkcji z tego okresu. Wtedy też uporządkowałem sobie wiedzę na temat tamtej ery gier — dowiedziałem się, jakie sprzęty się do niej zaliczają, co je wyróżnia, jak wiele mnie ominęło, a także po raz pierwszy spotkałem z Super Famicomem — czyli japońskim SNESem. Konsolą, której biblioteka gier po dziś dzień jest dla mnie niewyobrażalnie wielka i… niesamowita.

W roku 2001, kiedy te wrota wiedzy zaczęły się przede mną otwierać, mogłem co najwyżej poznać świat emulatorów — i za ich pośrednictwem dowiedzieć się co nieco na temat tamtejszych gier. Nawet mi się nie śniło, że kiedyś będę mógł zasiąść w domowym zaciszu z własnym Super Famicomem, a w pudełku mieć stertę plastiku z oprogramowaniem. A jednak!

Mimo że SNESa (także obsługującego gry NTSC 60 hz) miałem chwilę wcześniej, podczas mojej pierwszej podróży do Japonii jedyną pamiątką jaką chciałem sobie przywieźć, był właśnie Super Famicom. Jasne, mogłem go wcześniej zamówić online i nie kombinować — ale nie o w tym wszystkim chodziło. I mimo że w 2019 roku mam już swoje lata, o moją uwagę zabiegają setki gier, kupka wstydu nigdy się nie zmniejsza — to właśnie te z ery 16-bitowców mają priorytet i nie muszą specjalnie zabiegać o moją uwagę. Bo zawsze mają priorytet.

Bo, z nieznanych mi przyczyn, to właśnie tytuły na Amigę, SNESa i Segę Mega Drive (sorry TurboGrafx 16, Philips CD-i i spółka) dają mi najwięcej frajdy — i zasiadam do nich z nieskrywaną przyjemnością. Czasem oferują mi pokłady frajdy, innym razem frustracji, a jeszcze innym okazują się po prostu zawodem — bo tytuły o których marzyłem od lat w praktyce są dla mnie niegrywalne. Ale to właśnie gry z tamtego okresu wzbudzają u mnie najwięcej emocji. Jeszcze nie 3D, jeszcze nie współczesne, ale już z usprawnieniami które wyraźnie odróżniają je od irytujących i niezwykle trudnych 8-bitowców. To gry, które lubię najbardziej!