Wstaję. Dziwny dzień się zaczyna. Właściwie należałoby napisać, że jest to normalny dzień. Jednak gdy tylko zestawi się go z innymi z przeszłości, staje się niepokojąco dziwny. Od poranka widzę, że idzie nowe. Nic w tym zaskakującego, skoro nowe nigdy nie było tak nowe jak dzisiaj. Gimnastykuję umysł. Ciało jest mi zbędne. Pozostaje przecież w […]

Wstaję. Dziwny dzień się zaczyna. Właściwie należałoby napisać, że jest to normalny dzień. Jednak gdy tylko zestawi się go z innymi z przeszłości, staje się niepokojąco dziwny. Od poranka widzę, że idzie nowe. Nic w tym zaskakującego, skoro nowe nigdy nie było tak nowe jak dzisiaj. Gimnastykuję umysł. Ciało jest mi zbędne. Pozostaje przecież w świecie idealnym, tak zwanym cyfrowym. Zaraz, zaraz, a może jednak nie cyfrowym? Gdzie ja jestem, gdzie byłem i gdzie będę, gdy po prostu wstaję?

Autorem tekstu jest dziennikarz Iwo Jabłoński

Wstaję. Budzi mnie szum spadających kropli deszczu. Rozbijają się one o liście drzew w gęstym lesie. Po tej porannej mżawce zaczynają śpiewać ptaki. Jest ich mnóstwo. Otaczają mnie swą muzyką. Kraina baśni i dziecięcej beztroski rozbudza, przenikając wszystkie zmysły i zachęcając tym miodem dla uszu do otwarcia powiek. Rozpoczyna się… otwieram oczy. Co się dzieje? O nie… znów się rozmarzyłem. Budzi mnie jednak sztuczna melodia z inteligentnego telefonu, sprytna imitacja lasu, deszczu, śpiewu ptaków…

Wstaję. Nie chcę kontaktu z mym cyfrowym partnerem. Wybieram coś szerszego, by było dopasowane do coraz szerzej otwierających się oczu. W mych dłoniach tablet się pojawia. Płytka cienka, o pokojowej temperaturze, z jednej strony skóra, z drugiej szkło, parę przycisków… dotykam ekranu. W ułamku sekundy pojawia się mnóstwo informacji… chłonę niczym poranny prysznic, co się wydarzyło przez noc, co mi napisano, co zrobiłem źle, a co coraz lepiej, widzę, ilu nowych klientów się szykuje tego dnia, czuję potrzebę…

Wstaję. Czuję jednak inną potrzebę… potrzebę porannej toalety. Wchodzę do miejsca, gdzie królowie zawsze chodzili pieszo. Mam przez chwilę swą przestrzeń luksusu. Jestem tylko ja i cztery ściany. Żadnych informacji, reklam, przypomnień, dzwonków… nic mnie nie woła i nikt nic nie potrzebuje. Koncentruję uwagę. Rzadkie uczucie, właściwie coraz rzadsze… bo wielowątkowość burzy skupienie, tak samo jak nadmiar wszystkiego. Pewnie dlatego ograniczenia sprzyjają ostrości myśli i uwagi na tym, co tu i teraz.

Wstaję. Dziś ciało nie będzie zbytnio potrzebne, gdyż tylko zlecenia cyfrowe przede mną. Jednak z szacunku do tradycji postanawiam krótką gimnastykę zrobić. Mój inteligentny partner dobiera mi muzykę i tempo ćwiczeń. Jestem teraz z pokoleniami przodków. Wspinam się na Olimp. Odkrywam z Kolumbem. Podbijam z Napoleonem. Szukam zaczepki ze szlachtą. Stoję obok piłkarza Lewandowskiego. A przepraszam, po prostu znów muzyka pozwoliła odpłynąć. Dzięki niej odczuwam jeszcze kontakt ze sobą.

Wstaję. Dobrze jest mi teraz. Chcę zdobywać szczyty, szaleć, biegać… jednak dziś praca w domu. Włączam laptopa. Wielki ekran i zacny kunszt systemu przygotowanego do wszystkich wyzwań mojej wyobraźni wita mnie uśmiechem. Cyfrowym uśmiechem. Zazdrosny mój partner dzwoni powiadomieniami o tym, co jeszcze mam dzisiaj zrobić. Ja jednak nie chcę teraz telefonu-strażnika czasu, nie chcę tabletu, który prosi, by przeczytać, jak się bawią znajomi z Mołdawii, jestem w pracy. Wewnętrzna dyscyplina nakazuje odrzucić przyjemności i ciekawostki, teraz pora na klientów-partnerów-przyjaciół, ogólnie wszystkich tych, od których moja działalność zależy.

Wstaję. Pora kończyć na dzisiaj. Choć przerw było wiele, bo tak zdrowiej… choć rozmów, w których mówiłem było mniej, bo tak roztropniej… choć informacji przepuściłem mnóstwo, bo tak trzeba… to jednak jutro znów wstaję. Mając inteligentnego asystenta, mając wygodne narzędzie do gromadzenia wiadomości, mając idealne urządzenie do pracy, mając kontakt ze wszystkimi w ciągu kilku chwil, za czymś tęsknię. Wygodnie mi, dobrze mi, nowocześnie mi. Jednak dlaczego najlepiej czuję się w toalecie?