14

Mamy smartfony, tablety, aplikacje i internety, ale jedna rzecz ciągle dominuje w wersji papierowej…

Bez czego trudno wyobrazić sobie dzisiaj imprezę biznesową lub przynajmniej spotkanie na płaszczyźnie zawodowej? Pewnie w pierwszej kolejności wspomni się o smartfonie. Potem będzie laptop/tablet, jeśli to większe wydarzenie (przyciągające więcej ludzi), to projektor czy telewizor/monitor. Niektórzy noszą papierowe kalendarze, w których robią notatki, inni już od tego odeszli. Ale obaj mają pewnie przy sobie wizytówki - one nadal występują w papierowej formie i elektroniki tu nie uraczysz.

Pisałem wczoraj, że będę miał przyjemność obserwować mistrzostwa świata w programowaniu. Przy okazji tej imprezy zwróciłem uwagę na pewną ciekawostkę: nie pozbyliśmy się jeszcze wizytówek. W jednej z sal przeznaczonych do spotkań uczestników, mediów i organizatorów, pojawiła się wielka misa – jest przeznaczona na małe kartoniki z imieniem, nazwiskiem, nazwą firmy czy instytucji, danymi umożliwiającymi kontakt. Na stole nie pojawił się tablet czy pecet, na którym można było te dane wypisać. Nie stworzono też odpowiedniej aplikacji lub nie wykorzystano tych istniejących – zastosowano rozwiązanie znane od dekad. I wciąż popularne.

Wizytówka to ciekawy przypadek – odchodzimy np. od tradycyjnych kluczy, co dobrze widać już teraz w hotelach czy w planach producentów samochodów, książki papierowe chcemy zastąpić cyfrowymi, płyty z muzyką czy z filmami ich cyfrową wersją przechowywaną w chmurze. Zdjęcia robimy aparatem w komórce, tej ostatniej używamy też jako latarki, budzika, organizera, portfela… Ale nie jako wizytówki czy wizytownika. Te nadal są „tradycyjne” i pojawiają się na konferencjach, targach, konkursach, spotkaniach typowo biznesowych, warsztatach. Wszędzie tam, gdzie są ludzie i istnieje szansa, że nowa znajomość na gruncie zawodowym będzie kontynuowana.

Możliwe, że ktoś używa w tym przypadku elektroniki, ale przyznam, że nie trafiłem jeszcze na taki przypadek (no chyba, że komuś skończyły się wizytówki) – menedżer korporacji czy pracownik startupu może opowiadać o technologii/usłudze/produkcie przyszłości, o rzeczy, która zmieni nasze życie, ale na początku lub na końcu spotkania zazwyczaj i tak rozda kartoniki ze swoim nazwiskiem i kontaktem. A inni to zbiorą i dorzucą do zestawu, który czasem nie mieści się w szufladzie. Dadzą też swoją, bo proszą o więcej informacji albo po prostu wychodzą z założenia, że tak wypada. W efekcie nikt chyba nie ogłosił jeszcze końca wizytówek. A nawet jeśli jakiś startup wyszedł z takim hasłem, to pewnie szybko pojawiły się kwaśne miny.

Skąd to przywiązanie do kawałka papieru i niechęć do nowoczesnego rozwiązania? Nie wiem. Może chodzi o prostotę? Nie trzeba nic uruchamiać, sprawdzać, zapisywać: po prostu bierze się wizytówkę, wrzuca ją do torby, kieszeni czy portfela i po sprawie. Można położyć plik kartoników na skraju stołu i nie trzeba z każdym wymieniać się cyfrowymi danymi. A może potrzebujemy elementu z przeszłości, czegoś tradycyjnego, niekoniecznie wykorzystującego elektronikę? Dowodu na to, że można coś jeszcze załatwić poza maszynami – wystarczą dwie osoby i kawałek papieru. Bo gdy on zniknie, pozostanie już tylko smartfon – siła nadrzędna, bez której nie można załatwić absolutnie nic. Jeśli jeszcze nie jesteśmy na tym etapie, pewnie znajdziemy się na nim za kilka-kilkanaście lat. Może wtedy z sentymentem będziemy wspominać wizytówki jako archaiczne narzędzie? Ale nie zdziwię się, jeśli zdołają się one oprzeć kolejnym próbom unowocześnienia.

Foto Exchange business card for first time meet via Shutterstock.