114

Microsofcie, a może nie wypada w ten sposób denerwować użytkowników?

Od pewnego czasu obserwuję to, co dzieje się z misją zachęcania Microsoftu do przesiadki na Windows 10. I gdyby tylko o zachęcaniu była mowa, to tego wpisu by nie było. Podobnie, jak niezbyt miłych komentarzy na temat tego systemu sypiących się niemal pod każdą publikacją dotyczącą Microsoftu. Gigant mocno przegina w nakłanianiu użytkowników do aktualizacji i trudno się dziwić żywej reakcji konsumentów.

Windows 10 jaki jest każdy widzi. A jest naprawdę dobry

Widzi każdy, kto dokonał aktualizacji i nie miał z nią większych problemów. Z tego, co się dowiadywałem po znajomych, kilka osób w jej trakcie dalej ma problemy z niektórymi urządzeniami, brakuje kilku sterowników i w najlepszym razie występuje powrót do wcześniejszej wersji. W najgorszej – Windows 10 uruchamia się, ale jest po prostu nieużywalne. Ale to marginalne przypadki – reszta jest zadowolona i Windows 10 sobie chwali. Czytam jednak w komentarzach, że niektórzy z Was są notorycznie wzywani do rzekomo unieruchomionych sprzętów z nowym Windows na pokładzie – nie wykluczam, że takie rzeczy się dzieją. Z pewnością jednak nie są reprezentatywne dla ogółu.

Jednak nie o działaniu (lub nie) Windows 10 jest ten wpis, a o polityce Microsoftu, która niezdecydowanych użytkowników starszych okienek wcale nie nakłania skutecznie do przesiadki. Jeżeli już, to z pewnością irytuje inwazyjnością. Z aktualizacji na aktualizację dla Windows 7 oraz Windows 8.1 pojawia się coraz więcej mechanizmów, które wciskają ludziom przed oczy nową wersję systemu. A to pojawi się baner w Internet Explorerze, a to aktualizacja uruchomi się całkowicie niespodziewanie (system nawet wrzuci ją do harmonogramu i jeżeli użytkownik nie zrobi nic, komputer rozpocznie proces uaktualniania)… to raczej nie są standardowe metody przekonywania użytkowników. Nie tędy droga.

windows 10

Klient może się nie znać, może nie rozumieć potrzeby aktualizacji. Ale to nie powód do tego, by do czegokolwiek go zmuszać

Wyobraź sobie, że pojawia się komunikat o tym, że za 15 minut rozpocznie się aktualizacja do Windows 10, nie wyrażałeś na to zgody. Akurat nie zauważyłeś tego komunikatu, robisz coś innego, a komputer jest włączony. Jeżeli nie zareagujesz, urządzenie zaktualizuje się, a Ty nie będziesz mógł nic zrobić. W Internecie, przeglądając opinie zwykłych użytkowników w tym temacie natrafiłem nawet na przyrównanie tego procesu do gwałtu oraz kampanii uświadamiających o dobrych praktykach co do ludzkiej seksualności – brak zgody nie oznacza wcale „tak”. I choć porównanie jest bardzo ekstremalne, to… trudno powiedzieć, że tutaj kompletnie nie pasuje.

A już tym bardziej nie rozumiem postawy giganta z tego powodu, że przecież aktualizacja przebiega dobrze. Systematycznie rośnie udział Windows 10 na rynku i cel w postaci 1 miliarda maszyn w 2 lata od premiery systemu jest jak najbardziej osiągalny. Czy warto psuć swój wizerunek tylko po to, by cyferki były jeszcze lepsze? A może gdzieś jest granica, po przekroczeniu której Microsoft przegnie i na dobre zdenerwuje użytkowników? Mnie problem natarczywości mechanizmów uaktualniających nie dotyczy, natomiast rozumiem tych, którzy nie życzą sobie takich praktyk. Rzeczywiście – to odrobinę nie w porządku. Do tej pory myślałem, że aktualizacje to nie twardy obowiązek, lecz wybór wynikający z dobrej woli (albo obowiązku) producenta oprogramowania.