48

WikiLeaks jak gorący kartofel. Amazon wytrzymał tylko jeden dzień

Sytuacja w okół WikiLeaks robi się coraz bardziej ciekawa. Wprawdzie publikując 250 tysięcy tajnych depesz USA autorzy tej „organizacji” bo przecież nie można tego nazywać stroną, musieli spodziewać się problemów. Choć osobiście zaskoczyło mnie to, z której strony te problemy się pojawiły. Oczywiste było, że stanowisko rządu US będzie potępiało postępek WikiLeaks, tak samo można […]

Sytuacja w okół WikiLeaks robi się coraz bardziej ciekawa. Wprawdzie publikując 250 tysięcy tajnych depesz USA autorzy tej „organizacji” bo przecież nie można tego nazywać stroną, musieli spodziewać się problemów. Choć osobiście zaskoczyło mnie to, z której strony te problemy się pojawiły.

Oczywiste było, że stanowisko rządu US będzie potępiało postępek WikiLeaks, tak samo można było spodziewać się wszczęcia postępowania w sprawie wycieków. Osobiście natomiast jestem zaskoczony tym, że nawet taka firma jak Amazon przestraszyła się konsekwencji utrzymywania strony.

Strona WikiLeaks w dniu publikacji tajnych materiałów była notorycznie atakowana atakami typu DDoS – głównym ich celem było blokowanie dostępu do strony w skutek czego utrudniona została dystrybucja dokumentów wśród internautów. Ostatecznie mając dosyć problemów z atakami, WikiLeaks przeniosło się z Szwecji do Amazon Web Services.

Niestety Amazon wytrzymał tylko jeden dzień i po czym ugiął się pod naciskami, wyrzucając z swoich serwerów serwis z tajnymi dokumentami. W uzasadnieniu zostało podane, że WikiLeaks naruszył regulamin AWS – nie sprecyzowano jednak, o które konkretne punkty chodzi. Ostatecznie WikiLeaks wróciło więc do Szwecji.

Można oczywiście bronić Amazona – to prywatna firma i ma prawo decydować o tym komu i na jakich zasadach świadczy swoje usługi. Mimo to cała sytuacja jest nieco zaskakująca i można powiedzieć, że niesmaczna. I nie chodzi tutaj o to czy Julian Assange jest bohaterem czy też terrorystą ale o to czy chcemy mieć zasad, którymi się kierujemy, na podstawie których ufamy dużym firmom. Czy też chcemy aby zasady te były dowolnie zmieniane pod naciskiem krzyczącego senatora z USA?

Co jeśli ten sam senator zacznie teraz krzyczeć na Google aby skasowało z wyszukiwarki wszystkie informacje związane z WikiLeaks? Będziemy mieli taką chińską wersje internetu?

W całej tej przereklamowanej demokracji chodzi jednak o to aby społeczeństwo było aktywne aby można było kontrolować rządzących i aby kierować się prawami które spisuje się w konstytucji. Łamiąc te konstrukcje społeczeństwa nic nie będzie różniło tak zwanego demokratycznego świata od Chin czy innych krajów w których rządzą dyktatorzy.