42

Używam prawie samych webaplikacji na komputerze i nawet tego nie zauważałem

Spoglądam na pasek zadań Windows 10 i dock w macOS, a następnie sprawdzam, które z aplikacji są otwarte w tle. To z nich korzystam najczęściej. Zaczynam podliczać. Pierwsza, druga, trzecia, czwarta, piąta - aż pięć z aplikacji to webaplikacje, czyli rozbudowane strony internetowe, które otwieram w oddzielnych okienkach.

W trakcie konferencji f8 CEO Facebooka – Mark Zuckerberg zapowiedział premierę aplikacji desktopowej Messengera dla Windows i macOS. Zrobił z tego wielkie halo podkreślając, że nie będzie to strona internetowa opakowana w aplikację, lecz faktyczny program. Nie powiem, byłem naprawdę zaskoczony takimi deklaracjami, ponieważ przez lata Facebook unikał takiego rozwiązania jak ognia, prawdopodobnie po to, by nie dokładać sobie pracy. Rozwój aplikacji dla iOS-a i Androida wydawał się ich czasem przerastać, o czyw wielokrotnie się przekonaliśmy, a najlepszy dowodem jest tworzenie alternatywnych, lżejszych wersji Messengera i Facebooka dla Androida, podczas gdy optymalizacja klasycznych wydań nie była chyba wcale stosowana. Portowana z iOS-a aplikacja Messengera dla Windows 10 to wybryk, który omijam szerokim łukiem.

Dlatego jeszcze te kilka, może kilkanaście miesięcy temu cieszyłbym się z takiego obrotu sprawy, tak dzisiaj te wieści nie grzeją mnie, ani nie ziębią. Owszem, używam Messengera i to notorycznie, także na komputerze, ale zupełnie wystarczająca jest dla mnie webowa wersja komunikatora, którą… otwieram w osobnym oknie dzięki przeglądarce Chrome. Messenger na stałe przypięty jest do paska zadań, zupełnie jak Gmail, Kalendarz Google, Google Keep czy Outlook, który właśnie otrzymał wsparcie dla powiadomień na desktopie. W efekcie, o każdym e-mailu, przypomnieniu, zadaniu i wiadomości jestem powiadamiany w taki sposób, jakby w tle pracowały klasyczne aplikacje. Przełączam się i korzystam z nich zupełnie jakby były programami, oczywiście dopóki jestem podłączony do Internetu. Zdarza mi się korzystać w ten sposób ze Slacka i Spotify.

Próbując sobie przypomnieć, kiedy dokładnie zacząłem urządzać sobie w ten sposób środowisko do pracy, zorientowałem się, że nawet tego nie pamiętam. Tak zorganizowany zestaw do pracy służy mi od dłuższego czasu i uznałem za zupełnie naturalny, podczas gdy jeszcze kilka lat temu szukaliśmy najlepszych aplikacji dla każdej z czynności, którą wykonujemy. Komunikatory, klienty poczty e-mail, kalendarze, aplikacje do notatek i list zadań – to wszystko można mieć dzisiaj w przeglądarce w formie kart lub odrębnych okienek. Ten drugi wariant bardziej mi odpowiada, ale znam takich, którzy wolą przełączać się pomiędzy kartami. Nie ma to jednak większego znaczenia, bo siegają po dokładnie takie same rozwiązania.

Oczywiście nie we wszystkich przypadkach możliwe jest zastąpienie klasycznych aplikacji wersją webową. I nawet nie mam tu na myśli kombajnów pokroju Photoshopa czy Premiere, a raczej aplikacje, które po prostu w wersji webowej nie pozwalają na wykonanie wszystkich potrzebnych mi czynności albo działanie aplikacji będzie mniejszym obciążeniem dla komputera, co czasem się zdarza. Meritum nie są jednak konkretne przypadki, a sam fakt, że ponad połowa usług, z których korzystam każdego dnia, pracuje dla mnie w takiej, a nie innej formie, co coraz rzadziej zauważamy, bo tak rozbudowane witryny www bierzemy już za coś zupełnie normalnego. Nie odkrywam żadnej Ameryki, tylko zwracam uwagę na fakt, jak wiele rozmaitych czynności nie wykracza już poza granice przeglądarki.

P.S. Może jednak te Chromebooki to wcale nie jest taki zły pomysł? Ci, którzy spróbowali raczej się nie zawiedli.