Dokładnie miesiąc temu popełniłem artykuł o tytule „Pomijanie niewygodnych kwestii szkodzi wizerunkowi Facebooka„. Przekonuje w nim, że pomijanie kwestii dotyczących prywatności i bezpieczeństwa w wielu oficjalnych wystąpieniach, tak jakby ten problem nie istniał, powoduje jeszcze większą krytykę Facebooka i ogólna niechęć do serwisu bardziej świadomych użytkowników. Najwyraźniej zauważyli to również twórcy nowego serwisu Unthink, który […]

Dokładnie miesiąc temu popełniłem artykuł o tytule „Pomijanie niewygodnych kwestii szkodzi wizerunkowi Facebooka„. Przekonuje w nim, że pomijanie kwestii dotyczących prywatności i bezpieczeństwa w wielu oficjalnych wystąpieniach, tak jakby ten problem nie istniał, powoduje jeszcze większą krytykę Facebooka i ogólna niechęć do serwisu bardziej świadomych użytkowników. Najwyraźniej zauważyli to również twórcy nowego serwisu Unthink, który sami określają jako Anty-Facebook. Kampania marketingowa Unthink opiera się przede wszystkim na podkreślaniu czym on nie jest oraz kim nie są jego użytkownicy, a w zasadzie nie są nawet użytkownikami, są właścicielami, w domyśle – swojego konta i swoich danych. Czy bycie Anty-Fecebookiem wystarczy do odniesienia sukcesu? A może chodzi o coś więcej?

Trzeba przyznać, całkiem nie mało odwagi jest konieczne aby stworzyć serwis, który mianuje się Anty-Facebookiem.  Podczas gdy niektórzy próbują przekonywać, że nie wszystkie serwisy społecznościowe muszą ze sobą walczyć lecz mogą istnieć obok siebie (osobna kwestia na ile to jest prawdą), tak Unthink stawia się w bezpośredniej opozycji do serwisu mającego przeszło 800 milionów użytkowników. Odważne podejście wróży raczej albo niespodziewany sukces, albo dramatyczną porażkę. Większość obserwatorów raczej postawi na tą drugą opcję.

Jak wspomniałem we wstępie, Unthink podkreśla, że nie jest kolejnym serwisem społecznościowym, określa się mianem społecznej rewolucji. Zaznacza również, że to Unthinkers, no bo przecież nie są użytkownikami tylko właścicielami, mają pełną kontrolę, nie serwis.

TechCrunch przytacza wypowiedź CEO Unthinka – Natashy Dedis, która opowiedziała skąd pojawił się pomysł na stworzenie przeciwieństwa największej sieci społecznościowej na świecie. Okazuje się, że jej syn chciał założyć sobie konto na Facebooku i po przeczytaniu warunków korzystania z usługi Natasha stwierdziła, że nie może się na nie zgodzić, bo mogą zmienić się w każdej chwili. Kluczowa okazała się reakcja syna, który przyjął decyzję matki dość emocjonalnie, tak jakby absolutnie musiał posiadać konto na Facebooku. Stwierdził, że albo będzie miał konto, albo będzie wykluczony wśród znajomych w szkole. Natasha stanęła w sytuacji bez wyjścia, na cokolwiek się nie zdecydowała, czuła się złą matką.

W tym miejscu muszę przyznać, że podziwiam Natashę Dedis z co najmniej kilku powodów: za bycie odpowiedzialnym rodzicem i interesowanie się tym, co dziecko robi w sieci, za czytanie z uwagą warunków korzystania z serwisu, które czyta tak mało osób oraz przede wszystkim za aktywna postawę. Większość narzeka na różne sytuacje, ale samemu nie zrobi nic w celu jakiejkolwiek zmiany na lepsze. Dedis zdecydowała się działać i sprzeciwić się niemal niezniszczalnemu przeciwnikowi, jakim jest Facebook. Nawet jeżeli jej serwis odniesie spektakularną porażkę, nikt nie powie jej, że nie próbowała. Przede wszystkim sama będzie miała taką świadomość. To robi wrażenie.

W ciekawy sposób funkcjonuje reklama na serwisie Unthink. O tradycyjnym modelu dopasowywania reklamy na bazie naszej aktywności, jednak bez naszej wiedzy i zgody nie mogło być w tym wypadku mowy. Zamiast klasycznego podejścia znanego z Google i Facebooka, użytkownicy serwisu sami wybierają sponsorów swojej strony. Pomysł naprawdę ciekawy, bo chociaż sam za reklamami zbytnio nie przepadam, są marki które chętnie wspieram i polecam. Nie miałbym nic przeciwko wybrania ich na sponsora mojego profilu w serwisie. Jest też opcja bez reklam, płatna 2$ za jeden rok korzystania z Unthink. Tutaj również kwota wydaje się w pełni akceptowalna. Gdybym miał w serwisie odpowiednią ilość znajomych, nie miałbym oporów zapłacić te niecałe 7 złotych rocznie.

Inaczej również odbywa się komunikacja pomiędzy użytkownikami a markami. W profilu jest osobne, wydzielone miejsce na wszelkie wiadomości nie pochodzące od użytkowników. Każdy może sam zdecydować od jakich marek chce otrzymywać powiadomienia oraz jak często mają się one pojawiać.

Pytanie czy taki model reklamy będzie skuteczny? Marki już nie mogą sobie na tak wiele pozwolić, jednak nie zapominajmy, że im większy szum informacyjny, tym bardziej się na niego uodporniamy. Kiedy po wyjściu z metra atakuje nas kilkanaście osób z ulotkami, nie bierzemy żadnej, albo wszystkie wyrzucamy do najbliższego kosza. Kiedy dostajemy jedną ulotkę z życzliwym uśmiechem, jest szansa, że rzucimy na nią okiem, zanim całkiem o niej zapomnimy. Być może w tym szaleństwie jest metoda, przynajmniej jako zwykły użytkownik mam taką nadzieję, bo zaproponowany model mi osobiście bardzo odpowiada.

Dzięki temu Unthink miałby szanse stać się nie tylko serwisem dla buntowników i uciekinierów z Facebooka, ale również miejscem gdzie komunikacja między marką a użytkownikiem nabiera nowego wymiaru a zaangażowanie jest zdecydowanie większe. Tak to mogłoby wyglądać w teorii, życie pokaże jak to wyjdzie w praktyce.

Serwis TechCrunch dodał rownież, że w trakcie zakładania konta na Unthink, mamy możliwość łatwego importowania swoich zdjęć i filmów umieszczonych na Facebooku.

Muszę przyznać, że pod względem designu, strona Unthink robi zaskakująco dobre wrażenie. Kładzie szczególnie mocny nacisk na emocje. Pojawiają się hasła: wyzwól się oraz zdjęcia młodych, niezależnych ludzi, którzy maja odwagę przeciwstawić się ogólnie przyjętym trendom.

Wygląda na to, że liczba chętnych do zarejestrowania się w Unthink jest tak duża, że serwery nie wytrzymały tego ciśnienia, nawet pomimo ograniczonej bety w postaci kont zakładanych jedynie na zaproszenia. Kiedy będę miał możliwość przetestować serwis na spokojnie, za jakiś czas podzielę się zapewne swoimi spostrzeżeniami jak to wszystko wygląda w praktyce.

Patrząc na wszystko z odpowiedniego dystansu, przypomina mi się smutny fakt, że większość użytkowników nie jest zainteresowanych kwestiami prywatności, nie czyta długich i nudnych regulaminów i umów. Interesuje ich tylko to co robią ich znajomi i w zasadzie na tym koniec. Oni prawdopodobnie nie usłyszą o nowej inicjatywie, a jeśli nawet, szybko o tym zapomną. Wciąż pozostaje największy problem przyciągnięcia krytycznej masy użytkowników, którzy  z kolei przyciągną kolejnych. Nawet dla takiego giganta jak Google i jego serwisu Google+ wspartego przez całą gamę innych usług to nie jest proste zadanie, a co dopiero dla takiego Unthink?

Na koniec muszę podkreślić, że chociaż życzę Unthink jak najlepiej i chciałbym aby serwis rozwinął się i przetrwał. Bez znacznie dla mojej opinii na jego temat jest czy odniesie sukces, czy nie. Sama inicjatywa, odwaga, nie pokora twórców powoduje, że już teraz składam im ogromne gratulacje!