the sims
3

Dwudziestolatki, dwudziestolatki – to ja i Sim, to ja i Sim. Urodziny serii pełne wspomnień

The Sims ma już 20 lat! Jak ten czas szybko leci...

The Sims, czyli miłe dobrego początki

Nie pamiętam wydania pierwszej części Simsów – głównie dlatego, że miałam wtedy cztery latka. Pamiętam jednak dobrze pierwszą kopię gry, którą zakupili mi rodzice. Mam ją na półce do dziś. Przeczytałam o grze w czasopiśmie „Cyber-Mycha” i wiedziałam, że muszę ją mieć. Koniecznie. Jestem fanką serii od dawien dawna. Całkiem możliwe, że to dzięki Simsom zaczęłam swoją przygodę z grami na poważnie. I pomyśleć, że tylko symulator życia. Ale za to jaki! Żałuję, że uruchomienie pierwszych Simsów na Windowsie 10 to karkołomne wyzwanie. Mam wszystkie części na płytach, czasem chętnie bym pograła, ale tyle się z tym męczyć, ach. I jeszcze ta instalacja! Każdy z dodatków to przecież co najmniej dwie płyty. Liczbę, że EA obdaruje nas kiedyś całym pakietem dostosowanym do najnowszych systemów, jak zrobili to z dwójką.

Dzieciństwo w najlepszym wydaniu. Kapitan Tsubasa powraca w formie widowiskowej gry!

Doskonale jednak pamiętam mechanizmy pierwszej części. W porównaniu z poprzednikami – to była po prostu trudna gra. Simów nie można było zostawić na chwilę, odchodząc od komputera chociażby po szklankę wody do kuchni. Jeśli zapomnieliśmy dać pauzę, to wracaliśmy do pożaru, karaluchów i skraju śmierci głodowej. No dobrze, może troszeczkę przesadzam. Wielkie osiągnięcia nie przychodziły jednak ot tak, trzeba było się napracować. I dobrze! Każdy z dodatków wnosił coś całkowicie nowego, co bardzo ubarwiało rozgrywkę i wyznaczało trendy na kolejne kilkanaście lat. Grafika nie była najlepsza. Wszystko było w grywalności. No i muzyce! Soundtrack z pierwszej części jest przecież fenomenalny. Jedynka nie była tylko trudna, była też niegrzeczna. Pamiętacie tancerzy z tortów albo klatkę do tańczenia? Nie było za to systemu genetyki, a dzieci brały się z pocałunków i nie mogły wyrosnąć z wieku szkolnego. Ach, to były czasy.

The Sims 2, crème de la crème

Zdecydowanie moja ulubiona część. Z jednej strony żałuję, że gry kiedyś nie zliczały liczby przegranych w nie godzin, ale z drugiej… może to i lepiej? Mogłabym się przerazić. Pamiętam momenty wychodzenia większości dodatków i wycieczki do sklepu po ich pudełkowe wersje. Pamiętam (znów!) specjalny egzemplarz „Cyber-Mychy” poświęcony w całości Simom. Wypuszczono go przed premierą dwójki, prezentując wszystkie modyfikacje. A było ich multum. Zmiany w grafice, genetyce, rozgrywce – właściwie wszystkim. To był wielki przeskok, którego wprost nie mogłam się doczekać. I znów dostaliśmy wielki pakiet dodatków (niestety tu już wszystkich nie zebrałam) i… akcesoriów. EA zaczęło zauważać, że simomaniacy kupią niemal wszystko. Zaczęli wypuszczać takie minidodatki, w których były przede wszystkim akcesoria i ubrania. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że bardzo polubią ten proceder.

Dwójka w porównaniu z jedynką była diabelnie rozwinięta. Nie straciła też swojego pazura i poczucia humoru i, o dziwo, naprawdę dobrze się zestarzała. Dla całej masy graczy z mojego pokolenia to własnie ta najlepsza część. Nie była już tak trudna jak jej poprzedniczka, ale momentami również stanowiła wyzwanie. Twórcy znaleźli odpowiedni balans, aby nie było jednocześnie zbyt łatwo. Nadal jednak zdarzały się wypadki. Mocno rozbudowano też lore gry, bo – uwaga – Simsy właściwie mają fabułę. Jak się w nią wczytać, okazuje się, że jest całkiem ciekawa. Ale najważniejsza przecież i tak była ta pozorna wolność, którą nam zaoferowano. I nieważne, czy wchodziło się do najtrudniejszych i największych rodzin (Gazeta – to dopiero było coś!), chcąc prowadzić ich w stu procentach uczciwie, czy robiło się swojego wymarzonego Sima, wrzucało się go na uniwersytet, wpisywało wielokrotnie motherlode i sprawdzało się absolutnie wszystkie możliwości, o jakich tylko mieliśmy odwagę pomyśleć. To zawsze była świetna zabawa.

The Sims 3, czyli ostrzeżenie o niebezpieczeństwie

O ile przy dwójce przeżywałam apogeum zainteresowania serią, tak przy trójce delikatnie zaczęło mi opadać. Wciąż jednak darzyłam serię sympatią i grałam z przyjemnością. Na całe szczęście akurat do tej części nie mam wszystkich dodatków i nawet części akcesoriów. Pojawiła się tego cała masa i w pewnym momencie przestało to służyć grze. Trójka bowiem to stos kolejnych zmian. Znacznie zmodyfikowano styl graficzny (moim zdaniem na gorszy) i wprowadzono… otwarty świat. W trójce całe miasto stało przed nami otworem, nie musieliśmy męczyć się z ekranami wczytywania, a czas u wszystkich Simów płynął tak samo. Problem w tym, że trójeczce daleko było do gry dobrze zoptymalizowanej, o czym gracze przekonali się całkiem boleśnie. Osoby ze słabymi pecetami nie miały szans, były skazane na cierpienie. Ci, którzy mieli w mieszkaniach sprzęty z NASA, cóż.. też cierpieli. Im więcej mieliśmy do gry napakowane, tym gorzej chodziła. Zdarzało się jej ciąć, częściej bugować, a wejście na sejwa czy zmiana otoczenia potrafiła trwać paskudnie długo. Trójka też mocno wygrzeczniała. Dwójka nie była bezczelna jak jedynka, ale również lubiła poszaleć. W trójce mogliśmy co najwyżej pomarzyć o zabawach pokroju tańca w klatce. Ach, gdyby tylko EA chciało się porządnie zoptymalizować tę grę i walczyć z bugami, byłoby naprawdę świetnie.

The Sims 4, czyli jak bezczelnie kpić z graczy

Podstawową wersję czwórki kupiłam z sentymentu i ciekawości. Teraz trochę żałuję, że wydałam na to pieniądze. Czwórka od początku sprawiała wrażenie nieudanego żartu twórców. Wprawdzie starają się poprawić i udawać, że wcale nie mają swoich odbiorców gdzieś, ale czy to faktycznie działa? Czwórka skierowana jest do całkiem nowego pokolenia graczy. O tych, którzy zaczynali od jedynki czy dwójki już się nie myśli, jesteśmy za stary na bycie potencjalnym targetem. Świeżakom można wcisnąć za to byle co, prawda? Nie zrozumcie mnie źle, uważam, że czwórka ma zalety. Podoba mi się styl graficzny, w który poszła. Doceniam CAS-a i chcę wierzyć, że powrót do zamkniętych światów to chęć usprawnienia działania na wielu komputerach, a nie marny krok w tył. Czwórka ma zalety, pewnie, że tak.

Najpiękniejsze święta przeżywaliśmy na serwerach. Gdzie się podziała ta magia?

Ale ma też wady. Wielkie wady. A zacząć można chociażby od cen, które są niewspółmierne do tego, co kolejne dodatki i akcesoria nam oferują. Twórcy korzystają z utartych schematów i nawet się nie starają. Przeglądając zawartość kolejnych DLC mam wrażenie, że stają się coraz mniejsze i mniejsze, a cena pozostaje bez zmian. Gracze wielokrotnie narzekali również na zrzynki twórców z samych siebie. Część mebli uznawanych w dodatkach za nowe to po prostu rekolory poprzedników lub modele podkradzione z The Sims Store (płatnego rynku z akcesoriami do trójki). Wiele obiektów jest niedopracowanych graficznie, ba, sama gra jest niedopracowana. O bugach można byłoby pisać i pisać. A przecież to wszystko jest teraz podpięte do Origina, można byłoby do patchować do woli. A jednak wciąż gra jest pełna błędów i to tych samych od wielu lat. Czwórka jest też przy tym diabelnie prosta. Osiągnięcie maksymalnego poziomu szczęścia i sukcesu nie wymaga od graczy praktycznie niczego. O ile pozostawienie simów samych sobie w jedynce było ogromnym ryzykiem, tak w czwórce musimy się wręcz bardzo postarać, aby życie naszych podopiecznych zaczęło być chociaż marne, nie mówiąc o tragicznym.

Simy, żyjcie nam sto lat!

Simsy to kawał historii i wspomnień. To jedna z tych serii, obok których nie możemy przejść obojętnie. Każdy ją przecież zna i większość grała choć przez moment. Seria zaliczyła swoje wzloty i upadki. Szkoda tylko, że urodzinowe wnioski są dość gorzkie. EA popycha grę w kierunku, którego nie życzyłby jej żaden wierny fan. Nie wszystko jednak stracone, to przecież ciągle Simy! Drogie The Sims. Z okazji twojego dwudziestolecia życzę ci samych sukcesów, twórców mniej łasych na pieniądze i spełnienia swoich platynowych aspiracji. Oby piąta część była dla ciebie wielkim odrodzeniem.