37

Zachwyciła na prezentacji Apple, teraz przede wszystkim rozczarowuje. Grałem już w The Elder Scrolls: Blades

Przez wiele lat kibicowałem mobilnemu rynkowi gier. Chciałem żeby na smartfonach i tabletach pojawiało się jak najwięcej "dużych" gier. Finał był taki, że porty gier znanych z innych sprzętów źle dostosowywano do dotykowego ekranu, a produkcje tworzone z myślą o mobilnych urządzeniach nie miały głębi większych tytułów lub przyjęły kulawy model dystrybucji. The Elder Scrolls: Blades nie wyłamuje się niestety z tego schematu.

Dla graczy najciekawszym fragmentem wrześniowej konferencji Apple był bez wątpienia pokaz The Elder Scrolls: Blades. Fantastyczna oprawa wizualna, niesamowicie wyglądający świat, wiele obietnic i pierwsze skojarzenia ze Skyrimem. Nie ukrywam, że też dałem się porwać tej prezentacji i kiedy tylko nadarzyła się okazja, odkliknąłem chęć uczeswnictwa we wczesnym dostępie, który obiecano również posiadaczom sprzętów z Androidem.

Czekałem, czekałem, aż na przełomie marca i kwietnia okazało się, że wczesny dostęp został przyznany, a grę można już pobrać. Po krótkim tutorialu przywitał mnie jednak ekran informujący o tym, że jednak nie każdy zagra i mam czekać na kolejną informację, tym razem o przyznaniu dostępu. Po kilku dniach grę udało się uruchomić (a podobno teraz mogą grać już wszyscy). Włączyłem, pograłem, czar znany z konferencji Apple prysł. Zanim jednak zacznę – istotna informacja. Zupełnie inaczej do The Elder Scrolls: Blades może podejść prawdziwy fan The Elder Scrolls, ja do nich nie należę, nigdy nie przymykałem oka na mankamenty kolejnych gier i nie potrafiłem przeboleć pewnych stylistycznych oraz technicznych archaizmów w imię pięknego, zachwycającego otwartego świata.

Wygląda dobrze, ale nie rzuca na kolana

The Elder Scrolls: Blades było zapowiadane jako majstersztyk graficzny, który wyciągnie z urządzeń mobilnych ostatnie soki oferując nam grafikę na poziomie, którego jeszcze nie widzieliśmy. Ja przynajmniej tak to odbierałem. No cóż, nie grałem może na najnowszym iPadzie, może i faktycznie na iOS produkcja wygląda lepiej, ale na OnePlus 6 jest tylko dobrze. The Elder Scrolls: Blades prezentuje się zdecydowanie lepiej kiedy bohater stoi w miejscu, podczas ruchu widać techniczne niedociągnięcia, które potęguje dodatkowo pływający kadr. The Elder Scrolls: Blades nie jest najładniejszą grą mobilną i raczej nie zapowiada się na to, by w pełnej wersji cokolwiek miało się zmienić. Co ciekawe natomiast – można grać zarówno w pionie jak i poziomie. Po chwili zorientowałem się jednak, że po kilku takich przełączeniach gra źle skaluje obraz i zamiast dostosować go do pionu, wycina i przybliża kadr, przez co staje się w tej pozycji niegrywalna.

Zapierająca dech w piersiach opowieść?

Nie bardzo. Wcielamy się w jednego z elitarnych żołnierzy Imperium i wracamy do rodzinnego miasta, czy raczej gruzów, które z niego zostały. Szybko dowiadujemy się, że naszym głównym zadaniem będzie odbudowa. Ale jak to w przypadku budowania bywa, potrzebne są surowce, takie jak drewno, metal, zbierzemy też mięso, rośliny i skóry. Te walają się po okolicy, ale są również przyznawane jako nagrody za wykonywane misje. Odbudowa miasta oznacza również, że od pewnego momentu będziemy w stanie ulepszać w nim swój ekwipunek i broń, co pozwoli nam walczyć z silniejszymi przeciwnikami.

Sporo obiecywałem sobie po systemie walki, niestety The Elder Scrolls: Blades szybko wszystko zweryfikowało. Rozumiem, że to produkcja mobilna i trudno oczekiwać od twórców rozbudowanego mechanizmu, jednak ten został uproszczony aż do przesady. Ikona w lewym dolnym rogu ekranu odpowiada za tarczę/gardę, ciosy zadajemy przytrzymując palec na przeciwniku, do tego dochodzą jeszcze specjalne ataki odpalane za pomocą pojawiających się na dolnej części ekranu ikon. Wymagani względem refleksu i pomysłowości są zerowe i ograniczają się do obrony przed atakami, wyczucia w którym momencie zadać cios na przykład odskakującemu przeciwnikowi i największą walkę toczymy z mechanizmem zmuszającym nas do przytrzymywania palca na ekranie. Niestety dynamiki nie ma w nich żadnej, szczególnie że pojedynki są statyczne i bohater nie ma możliwości ruchu.

Odczucie ślamazarności The Elder Scrolls: Blades potęguje również system poruszania się. Jeśli gramy w pionie, postać pojedzie „po szynach” do wybranego palcem na ekranie miejsca. W poziomie natomiast mamy możliwość korzystania z wirtualnych gałek, jednak tu dochodzi uczucie pływania, nie zaimplementowano bowiem żadnej animacji kroków. Da się ten system wyczuć, jednak ma on niewiele wspólnego z prawdziwymi analogami na padzie.

Są też oczywiście labirynty (Otchłań), w których w każdym z coraz głębszych korytarzy znajdziecie silniejszych przeciwników. Podobno ma się też pojawić Arena, gdzie zostanie wprowadzony tryb PvP. Jeśli twórcy nie przemodelują systemu walki, będą to najnudniejsze starcia w historii. Serio.

Rozczarowanie

Tym jednym słowem mogę opisać mój kontakt z The Elder Scrolls: Blades. Wczesna wersja gry nie ma w sobie nic co sprawiłoby, że wyczekiwałbym pełnej gry. To jest już poważny szkielet, który można tylko ulepszać – tak będzie ten tytuł wyglądać, nie oczekujcie istotnych zmian. Rozmowy z NPC-ami nie są pasjonujące, podobnie jak zlecane przez nich misje. Kuleje sterowanie i walka. Bethesda wymyśliła sobie też system mikropłatności oparty na skrzyniach i nie ma szans by ten pomysł spodobał się graczom. Otóż skrzynie zdobywamy sami, ale nie możemy ich otworzyć. Jak rozumiem gra będzie darmowa, a w takiej wersji na dostanie się do skarbów trzeba czekać…3 godziny. Można oczywiście ten proces przyspieszyć korzystając z waluty kupionej za prawdziwe pieniądze. Nie dało się tego wymyślić gorzej. Przypomina mi się jak rozwiązano płatności w Fortnite (również tym mobilnym, bo system jest ten sam) i do oczu naszły łzy. Tyle lat minęło, a twórcy The Elder Scrolls: Blades idą w najgorsze, najbardziej znienawidzone schematy.

Jestem pewien, że część osób zakochana w świecie The Elder Scrolls ucieszy się z Blades, jestem jednak bardzo ciekawy w którym momencie zaczną ich boleć powieki od przymykania oczu na drewnianą animację, kiepski system walki i sterowania oraz te nieszczęsne skrzynie zmuszające do wydawania prawdziwych pieniędzy. The Elder Scrolls: Blades nie będzie hitem i choć na pewno pełna wersja poszczyci się świetnymi wynikami pobrań, to gracze zapomną o niej po kilku dniach. Ja z ciekawości sprawdzę jeszcze ten tytuł kiedy wyjdzie z wczesnego dostępu, ale nie sądzę, bym poświęcił mu więcej niż kilka godzin.