28

The Division 2 – recenzja. Jeśli wsiąkniesz, to na dobre. Czytajcie, a ja wracam ratować Waszyngton

Tom Clancy's The Division 2 gromadzi już graczy wokół globu na swoich serwerach. Nowi (i starzy) agenci ruszyli na ratunek Waszyngtonowi w grze, która na pewno wciągnie wielu na długie godziny, ale czy zasługuje na miano pełnoprawnego sequela?

Oglądając swego czasu film z Willem Smithem pt. Jestem legendą uważnie śledziłem fabułę, ale muszę przyznać, że spora część mojej uwagi skupiona była na czymś innym: świecie, który jest pozostałością po naszej cywilizacji. Podniszczone lub zniszczone budynki obrastające roślinami, porzucone auta i splądrowane sklepy oraz inne placówki. Chyba każdemu z nas przeszła kiedyś przez głowę myśl o tym, jak wyglądałby świat, gdyby zniknęli z niego wszyscy ludzie. Tutaj mieliśmy do czynienia tylko z jednym miastem, ale to wystarczyło, bo pobudzało wyobraźnie.

Premiera filmu to 2007 rok, a niecałą dekadę później otrzymaliśmy grę The Division. Nie wszystkie zapowiedzi i obietnice twórców zostały spełnione, gracze mieli wobec niej sporo zarzutów, ale dzięki dodatkom udało się (trochę) podreperować ten wizerunek. Nie było jasne, czy powstanie sequel, ale gdy takowy ogłoszono nie brakowało entuzjastycznych reakcji. Należałem do grupy tych, którzy nie mogli doczekać się dwójki i gdy tylko dostałem szansę, by wypróbować The Division 2, to z niej skorzystałem. Wspomniałem nawet o tym w moich pierwszych wrażeniach z rozgrywki. Do dzisiaj spędziłem w grze kilkadziesiąt godzin i choć nie odkryłem wszystkich zakamarków Waszyngtonu, to wydaje mi się, że poznałem już The Division 2.

Nowe miasto, nowa aura – żywy i kolorowy Waszyngton, zamiast ośnieżonego Nowego Jorku

Zaraz po otwarciu bety gry pojawiło się sporo opinii, jakoby sequel powinien otrzymać numerek 1.5. Wszystko dlatego, że nie zmieniło się tutaj tak wiele, by uzasadnione było sięgnięcie po wyższą cyfrę, ale dobrze wiemy, że coś takiego nie mogło mieć miejsca. The Division 2 to odrębna, w wielu aspektach bardziej dopracowana gra, na której ciąży kilka wad.

Największą zmianą względem jedynki, której będziemy doświadczać na każdym kroku, jest oczywiście nowa lokalizacja. Nowy Jork został zastąpiony przez Waszyngton – stolicę kraju, gdzie przeważają niższe budynki i mniejsza gęstość zabudowania. W efekcie nie czujemy się w tym mieście tak klaustrofobicznie, jak np. na Manhattanie, gdzie byliśmy otoczeni przez drapacze chmur. To, w połączeniu ze śnieżną pogodą, nadawało grze niesamowitego klimatu i nawet zwykłe eksplorowanie Nowego Jorku, zaglądanie w zakamarki i przemierzanie przecznic sprawiało sporo frajdy.

Tutaj jest podobnie, ale mamy gdzie “pooddychać”. I to głęboko, bo otwartych przestrzeni nie brakuje. Nie wspinamy się tyle, raczej pokonujemy większe dystanse. Na ulicach można spotkać zwierzęta na wolności, co tylko przypomina za każdym razem o próbach przetrwania Roberta Nevilla. Robi to tym bardziej większe wrażenie, bo nie jest wymagane doładowywanie map i tekstur – swobodnie poruszamy się po tym świecie, od czasu do czasu natrafiając na hordy Hien, True Sons (dwóch z czterech frakcji) starających się opanować miasto, w poszukiwaniu misji głównych lub pobocznych. Dlaczego taki sposób eksploracji jest lepszy? Ponieważ nie wszystkie ciekawe wątki znajdziemy na mapie – nie brakuje poukrywanych po rogach skrzynek z wyposażeniem, pobocznych wyzwań, które potrafią być generowane losowo, jak przejmowanie terenu czy egzekucje, którym mamy zapobiec.

Mapa jest naprawdę spora, aż kusi czasem ją po prostu pozwiedzać



To wymaga czasu, cierpliwości i zacięcia. Nie każdemu takie działania będą odpowiadać i tak naprawdę o to się tu rozchodzi. Fabuła gry z niemym bohaterem prezentuje podobny poziom, jaki otrzymaliśmy w pierwszej grze – tutaj nie odczujemy żadnej różnicy, dlatego zwraca się uwagę na inne aspekty. Mowa między innymi i przede wszystkim o lokalizacjach, jakie odwiedzamy. Są to biblioteki, muzea, firmy technologiczne, stacje metra, hotele czy restauracje. Nie ze wszystkimi elementami miejscówek wchodzimy w interakcję, właściwie z niewielką częścią z nich, ale to nie przeszkadza.

Cel zadania jest zawsze bardzo jasny i mimo, że nie otworzymy większości drzwi i nie mamy możliwości wspiąć się na wszystkie ciekawe pojazd, to mnóstwo czasu zajmie poznanie wszystkich zaprojektowanych zakątków. Ich różnorodność i wyjątkowość potrafi zaskoczyć – wizyta w muzeum, gdzie walka z Hienami rozgrywa się niczym w wietnamskich warunkach z helikopterem w środku buszu. Na miejscu można pomylić nawet prawdziwych przeciwników z manekinami i się nieźle na tym przejechać. Zdecydowanie warto przystanąć na chwilę w każdym z tych miejsc, żeby nacieszyć oko oprawą wizualną i docenić pracę, jaką włożono w przygotowanie lokalizacji. To zdecydowana zaleta gry i chyba największa z nich.

Zadania? Trochę po staremu, trochę po nowemu

W kwestii fabuły i naszych przygód nie zmieniło się za wiele. Naszym zadaniem jest, ponownie, eliminacja wrogo nastawionych band, które chcą przejąć władzę nad miastem terroryzując zwykłych obywateli walczących o przetrwanie. Robimy to poprzez zdobywanie punktów kontrolnych, modyfikacje treści komunikatów propagandowych  rozgłaszanych przez radio, wspomaganie osad mieszkańców . Przypomina to nieco odhaczanie kolejnych punktów na liście, na której dosyć regularnie widnieją bliźniaczo podobne zadania, choć mi to kompletnie nie przeszkadzało.

Należy też wspomnieć o aspekcie rozwijania naszego bohatera. Podnoszenie jakości posiadanych przez nas spluw i poziomu ekwipunku, jak również rozwijanie umiejętności i rekrutacja kolejnych istotnych dla ruchu osób. W osadach możemy liczyć na dodatkowe zlecenia – takie misje trwają krócej, ale są równie dobrze przemyślane i zaplanowane, co misje główne.

Podczas każdego ze starć dojdzie do solidnej wymiany ognia. Tutaj twórcy pokusili się o kilka zmian, które pozytywnie wpłynęły na wykonywanie czynności stanowowiącej jeden z głównych elementów całej rozgrywki. Największym zaskoczeniem jest sztuczna inteligencja wrogów, którzy nie tylko bywają różnorodni, ale potrafią sprawić nie lada niespodziankę. Czasem wynika to chyba z brawury lub głupoty. Jak by nie było, efekt jest co najmniej zadowalający, bo okopanie się w najlepszej pozycji do strzału nie gwarantuje kompletnego bezpieczeństwa. Ataki z flanki i zachodzenie od tyłu są na porządku dziennym, podobnie jak ataki kamikaze, gdy wprost na nas biegnie od 3 do 5 przeciwników gotowych zrobić wszystko, by nas załatwić.  Ale potrafią też się wycofać, gdy są pod silnym ostrzałem, szukając nowego schronienia.

Dzięki oznaczeniom z użyciem kolorów czerwonego, fioletowego i żółtego wiemy, z jak silnym przeciwnikiem mamy do czynienia, a dodatkowe ikony informują nas o typie jego “dodatkowej” działalności, jak strzelanie z bazooki lub sterowanie niewielkim samochodzikiem z bombą. Najwięcej emocji towarzyszyło mi jednak podczas konfrontacji z szaleńcem z piłą mechaniczną, który dążył do bezpośredniej konfrontacji. Oszukanie go lub skrycie się przed nim było prawie niemożliwe i w tym miejscu na wierzch wychodzi kolejna zaleta The Division 2 – współpraca.

Z drużyną raźniej i ciekawiej



Samotna rozgrywka może nam dać szansę na podwyższenie poziomu, rozbudowę umiejętności i wszystko inne, o czym pisałem wyżej, jak również nieznaczne popchnięcie fabuły do przodu (są misje fabularne lub poboczne, które trudno przetrwać solo), ale rozpoczęcie i kontynuowanie gry z drugą osobą lub nawet we trójkę, to zupełnie inny poziom zabawy. Rozgrywanie taktyczne konfrontacji z hordami zbirów sprawia przyjemność, ale zmiany, które wprowadzono mogą pomóc osobom bez drużyny na korzystanie z korzyści pracy w grupie. W razie problemów w trakcie misji możemy poprosić o wsparcie, a gdy zostaniemy poważnie ranni można także liczyć na udzielenie pomocy medycznej przez innego gracza.

Przed chwilą wspomniałem o udzielaniu pomocy medycznej drugiemu z graczy i do głowy od razu przyszła mi jedna z cech gry, do której przywykłem już po czasie spędzonym na mapie, co nie znaczy, że stała mi się obojętna, bo od czasu do czasu nadal irytuje. Niezależnie od tego, czy modyfikujemy broń, zbieramy sprzęt, porzucamy go lub wykonujemy inne czynności, każda z nich wymaga dłuższego przytrzymania klawisza i wpatrywania się w kółko postępu Niejednokrotnie zdarzyło mi się nie ukończyć jednej z czynności, bo odniosłem wrażenie, że “tyle wystarczyło”, by po chwili zauważyć, że muszę ją powtórzyć. A powtarzanie czegoś takiego wiele, wiele razy zaczyna frustrować. Żonglowanie zawartością ekwipunku angażuje, ale po udanej misji najchętniej przygarnęliśmy cały worek nowych fantów – uprzednie opróżnienie plecaka ze zbędnych przedmiotów odbiera odrobinę frajdy.

Tu jest naprawdę wiele do zrobienia!

Za mną dopiero część gry i zdaję sobie z tego sprawę, ale z drugiej strony odniosłem wrażenie, że poznałem większość mechanizmów, którymi się rządzi. Przede mną nowe lokalizacje, kolejni zróżnicowani wrogowie, ale fundamenty w fabule The Division 2 się nie zmienią – ruszę w drogę, oczyszczę teren, zapełnię plecak i wrócę do bazy. Wielokrotnie trzeba też odwiedzić menu gry, by nadążyć za dodatkowymi treściami, a przyglądanie się mapie i “zwiedzanie” miasta przypominają o tym, z jak dużą grą mamy do czynienia.

Po przeczytaniu takich słów mogłoby się wydawać, że gra szybko się nudzi. W ogóle tego nie czuję i gdy przymknę oko na naprawdę drobne niedociągnięcia (delikatne lagowanie, niewidoczne przeszkody), to każdy powrót do Waszyngtonu wspominam niezwykle udanie. Obawiałem się, że The Division 2 straci klimat, bo od zmiany miasta dla niektórych istotniejsza może być zmiana pory roku, ale dobra aura zachęca do dalszej działalności (choć jesień mogłaby dodać odrobiny melancholii). Ubisoft zapowiada kolejne aktualizacje i możemy liczyć na linię dodatków, które trafią do właścicieli gry za darmo. W zależności od tego, jak dużą ilością czasu dysponujecie, może się zdarzyć, że nie zdołacie opanować wszystkich zadań, zanim pojawią się następne. Tym bardziej, że do misji można podchodzić wielokrotnie, na przykład w innym składzie grupy. End-game ma być miejscem, gdzie “żaden z agentów nie będzie się nudzić”.

Dla fanów “jedynki” (szczególnie po patchach) The Division 2 jest tytułem, który przykuje ich do ekranów na długie godziny. Co do tego nie mam żadnych wątpliwości. Pozostali gracze powinni wziąć pod uwagę swoje indywidualne zarzuty wobec The Division (1) i skonfrontować je ze zmianami, o których przeczytacie powyżej. Jeśli choć część z nich brzmi jak faktyczna poprawa, to oznacza, że moglibyście dać The Division 2 szansę.