115

Oto mój życiowy „cebula deal”. Niezły telewizor i świetny Smart TV za mniej niż 1000 zł

Choćbym nie wiadomo ile miał pieniędzy, raczej nie lubię wydawać ich strasznie dużo. Może i dlatego do pewnego czasu jeździłem stareńkim, aczkolwiek sprawnym i łatwym w naprawie Golfem trójką. Ale w kombi, cenię sobie przecież jeszcze rzeczy zwyczajnie praktyczne. Przesiadam się do dużego, łasego na paliwo Szweda (też na gaz), a w domu stanął telewizor z funkcją Smart TV. I z tego zakupu jestem chyba najbardziej zadowolony.

Dlaczego? Bo po prostu fajnie działa, a zapłaciłem za to mniej niż tysiąc złotych. Ile dokładnie? 958 złotych. Długo zastanawiałem się nad tym, jaki telewizor powinienem wybrać. Na tych… kompletnie się nie znam i dlatego właśnie poszukiwania trwały tak długo. Myślałem o wielokrotnie droższych modelach z wbudowanymi funkcjami „smart”, a górną granicę rozmiaru stanowiło ok. 40 cali. 50-tka wyglądałaby kuriozalnie w salonie połączonym z aneksem kuchennym – wbrew pozorom nie mieszkam w pałacu fundowanym mi przez gigantów technologicznych za „pozytywne wpisy”. No, niestety tak to nie działa. W sumie – jak najbardziej „stety” dla Was.

Czytaj także: Co to jest Smart TV? Czyli jak wybrać i nie żałować

I tak sobie szukałem, szukałem, aż wpadłem na dość dziki pomysł. A co, jeżeli uda mi się kupić maksymalnie tani telewizor i nie będzie mi go żal jak się zepsuje? Możliwe, że w ciągu dwóch lat z obecnie wynajmowanego lokum przeniosę się do własnego, znacznie większego i tam zainstaluję już znacznie większy wyświetlacz. 40-tka nie jest wcale duża, ale i nie jest na dobrą sprawę mała. Nie widziałem tutaj większego sensu w kosztowej ekstrawagancji.

Pomysł zakładał znalezienie taniego, aczkolwiek akceptowalnego telewizora. Przeszukując internetowe opinie padło na konstrukcję Manta LED4004 o przekątnej 40 cali. Niektórzy narzekają na dyskusyjne kąty widzenia i słaby dźwięk z głośników. Ale to nie problem – za kilka stówek mogę dokupić porządne nagłośnienie i ten problem rozwiązać. Brak w nim natomiast funkcji „smart”, ale to postanowiłem rozwiązać nieco inaczej.

Smart TV w telewizorach to temat rzeka

Ileż to ja się nasłuchałem narzekań na funkcje smart TV… o matko. Koledzy z pracy kupowali Philipsy, Samsungi, LG i czasami popłakiwali w rękaw, że to potrafi się zaciąć, z aktualizacjami są jakieś problemy i w ogóle, to lepiej by było, żeby ten cały smart TV w ich urządzeniach nie istniał. To odrobinę mnie przeraziło i od razu postanowiłem sobie, że nawet, jeżeli wezmę jakikolwiek telewizor, to na pewno funkcje „smart” uzyskam po swojemu. Krótkie poszukiwania i uznałem, że Xiaomi Mi Box S spełni moje oczekiwania. W razie, gdy przesiądę się na znacznie lepszy telewizor, też będzie z nim współpracował – Xiaomi Mi Box S jest bowiem w stanie dogadać się z wyświetlaczem obsługującym treści w jakości 4K. Na razie tego nie potrzebuję, więc możliwości zakupionej przeze mnie Manty kończą się na Full HD.

Lista zakupów prezentuje się następująco:

  • Manta LED4004 – 699 złotych
  • Xiaomi Mi Box S – 259 złotych

Razem? 958 złotych. Szykując się do zakupu telewizora miałem w głowie kwoty rzędu 2, 3, 4 tysięcy i uznawałem to za kompletnie normalne. Nie doliczam tutaj pakietu Netfliksa, który kosztuje mnie 52 złotych co miesiąc, Spotify w śmiesznej kwocie i… WP Pilota, którego dokupiłem tuż po konfiguracji Xiaomi Mi Boksa S. 34,90 za pakiet 92 kanałów to w sumie nawet za dużo jak na moje telewizyjne potrzeby. Zdecydowałem się na subskrypcję, bo czasami mimo wszystko lubię obejrzeć coś w tradycyjnym „telepudle”.

Jestem niesamowicie zadowolony

Nie tylko dlatego, że zaoszczędziłem może tysiąc, może dwa, a nawet trzy tysiące na tak dokonanych zakupach. Manta LED4004 jest plastikowa do bólu, składający ten sprzęt nie postarali się o to, by nałożona na matrycę folia ochronna ładnie przylegała do tafli wyświetlacza. Właściwie, to wyglądało to tak, jakby ktoś ją po prostu rzucił na ekran bez ładu i składu. Widziałem mnóstwo lepszych wyświetlaczy, natomiast dźwięk to coś, co po prostu zabije audiofilów. I z wyglądu i z charakteru działania to po prostu tani sprzęt, który działa i… robi to po prostu dobrze. Bez wodotrysków, bez efektu „wow” – to do bólu poprawny wyświetlacz.

Natomiast Xiaomi Mi Box S… to już zupełnie inna liga. Bardzo obawiałem się tego urządzenia, bo mocno liczyłem na dobrą przystawkę telewizyjną. W swojej roli to urządzenie jest nawet bardziej niż znakomite: miałem styczność z różnymi interfejsami Smart TV, razem z ojcem z ciekawości kupiliśmy Hykker Smart Box w Biedronce. Za 179 złotych dostaliśmy taki „paździerz”, że musieliśmy zwrócić do sklepu owe „cudo techniki”. Działał tak, jakby zamiast procesora za obliczenia odpowiadał matematyk na heroinowym ciągu.

Mało tego, przystawka dogadała się z Asystentem Google, który czuwa nad niektórymi sprzętami w moim domu. Jedyne, co mnie irytuje to fakt, iż nie jestem w stanie uruchomić telewizora za pomocą „Ok, Google – włącz telewizor w salonie”. Xiaomi Mi Box S za nic nie chce współpracować w trybie standby, z aktywnym połączeniem z siecią. Każdorazowe wywołanie takiej komendy kończy się tym, że Asystent nie jest w stanie odnaleźć telewizora w salonie. Wyłączyć telewizor mogę natomiast bez problemu.

Po co ja Wam o tym opowiadam?

No, tak. Cóż to za okazja, by aż pisać o niej artykuł? Kupił sobie bloger tanią chińszczyznę i szczerzy zęby jakby sobie kupił „riki-tiki” na odpuście. Nie o to chodzi: przede wszystkim udowodniłem sobie, że absolutnie nie potrzebuję urządzeń za kilka tysięcy złotych, by spełnić swoje potrzeby. Owszem, mógłbym to zrobić, ale w tej sytuacji nie było takiej potrzeby. Nie dość, że zapłaciłem za to wszystko mniej niż tysiak, to w dodatku taki zestaw nieźle dogaduje się z resztą urządzeń domowych dzięki Asystentowi Google. Chcę Spotify na telewizorze? Nie ma problemu. Jeszcze chwila i podłączę do tego wszystkiego Xboksa, który w ostatnim czasie zaczął dogadywać się (w ramach betatestów) z google’owskim concierge’em.

Nie neguję rzecz jasna droższych zakupów. Od razu przepraszam wszystkich Was, którzy mogliby wyczytać z mojego artykułu taką postawę. Kupujcie co chcecie. Dla mnie najistotniejsze jest to, byście byli po prostu zadowoleni.

Ale, być może ktoś z Was ostrzy sobie zęby na większy wyświetlacz do domu, może nawet pierwszy w życiu, ale nie wie od czego zacząć. Jeżeli nie jesteście wybredni pod kątem jakości obrazu i dźwięku, ale nie chcecie kupić absolutnego „paździerza” – bierzcie taki zestaw. A może jeszcze inaczej – macie gdzieś w domu nieużywany telewizor bez Smart TV? Ten też się nada – być może taka przystawka telewizyjna da mu „nowe życie”.

Czekam na Was w komentarzach, nie bijcie mnie tylko zbyt mocno. :)