89

O pralce, przy okazji kupna której nikt nie pytał o gwarancję i nie tylko

Dziadek za PRL-em tęskni, bo każdy miał pracę i wszystko dla wszystkich było. Ojciec PRL wspomina źle, bo nie uśmiechają mu się gumowe pałki i puste haki w mięsnym. Ja PRL-u nie pamiętam, ale niektóre jego relikty żyją do dziś. Technologiczne rzecz jasna. A technologia to była... ciekawa. Z naszego punktu widzenia radziecka pralka, czy stare radio to ogromne przeżytki. Ale zastanówcie się, co różni dzisiejsze urządzenia od tych starych?

Do Kraju Rad po wygodę

Kiedyś na Ukrainę (wtedy jeszcze Związku Radzieckiego) nie jeździło się tylko po papierosy i alkohol, chociaż to też się robiło. Stary dostawczak, kilka skrzynek, odrobinę miejsca na pace na fanty. Plus – odrobinę kwitu dla celnika, od którego humoru zależało wiele. Ukraina była niegdyś całkiem pożądanym obok terenu COP-u miejscem pracy Polaków, którzy szukali tam chleba, tanich środków czystości, sprzętów gospodarstwa domowego i… „szampańskoje”. Takie czasy były.

Młody, starszy dzisiaj dużo Szczęsny jeździł tam tuż po wojsku na tzw. „eksport”. Pracował na budowie, bo potrzebowali fachowców po szkole budowlanej. Profil wojskowy – również w kierunku budownictwa. Mieszkania w pracowniczych barakach, budowanie Wielkiego Kraju Rad, plakaty i… potrzeba kupienia co najmniej pralki. I jeszcze telewizora, bo w domu był stary, czarno biały. A na świecie już była moja siostra. Na Ukrainie i się pracowało i się bawiło. Pół litra na głowę plus jedna cebula. Połowa z połówki, na zagryzkę też połówka – cebuli. Po kilkunastu minutach ten sam rytuał. Człowiek wstawał, czuł się dobrze, ale ledwo zrobił kilka kroków – padał jak długi.

technologie

Tata mówi, że były to czasy i komiczne i smutne. Wszyscy na dobrą sprawę wiedzieli, że coś jest nie tak. Brat z Kanady słał listy, zdjęcia, mówił, że za oceanem jest dużo lepiej. Nie biją, praca jest, a w sklepach półki się łamią. W Polsce w tych czasach praca była, bili, a łamały się tylko pałki.

Informacje, które do nas docierały z bogatego, kuszącego Zachodu motywowały ludzi do kombinowania. Korzystano ze wszystkiego, co się dało, a i tak było tego niewiele. Legendy chodziły o radzieckich pralkach, „Wiatkach”. Na celowniku taty, model „Awtomat 16”. Nie wiadomo, czym kierowali się radzieccy konstruktorzy, ale bardzo możliwe, że toporność tego sprzętu zapożyczono od jakiegoś czołgu. Ciężka, prosta do bólu i kusząca. Choć i niekoniecznie tania. Żeby ją mieć, trzeba było trochę znajomości i rubli. Rubin też swoje kosztował.

Ubogo, ale godnie

Brat ojca w Ameryce pisał mu o pralniach, gdzie ludzie zanoszą ubrania, a potem maszyna sama im je prasuje – w bębnie. Wyciągasz ciucha, przebierasz się w pralni i wychodzisz. Wot technika. Parę listów się zachowało, inne przepadły, albo zniszczały. Były zaproszenia do siebie, było psioczenie na walącą się już komunę i opowieści o walkmanach, płytach, świetnych samochodach. W Polsce marzeniem większości był Maluch. Inni czekali również na mieszkanie. Szczęście mieli ci, którzy przysłużyli się w COP-ach, często oni dostawali mieszkania pracownicze przynależące do dzisiejszych wspomnień komunizmu – spółdzielni mieszkaniowych.

A w owych mieszkaniach do lat dwutysięcznych stały stare radzieckie telewizory, pralki, samowary, szykowary, sokowirówki, maszyny do mięsa. Niektóre w domu moich rodziców żyją do dziś, ale nieco w zapomnieniu. Tata przepatruje te sprzęty i mówi, że trzeba je wyrzucić. Mama protestuje i mówi, że przecież są dobre. Bo są dobre. Działają po 20, 30 lat i przestać nie chcą. W pomarańczowym, zamykanym od góry „mikserze” raz tylko kabel się ułamał, ale tata szybko to naprawił. Nikt wtedy o gwarancję nie pytał. Do 2007 roku Wiatka wyłaziła z łazienki podczas wirowania i dudnieniem obwieszczała wszystkim mieszkańcom w pionie, że Szczęsna robi pranie. Maszynka do mięsa „robiła” nieśmiertelne mielone, a Rubin działał, aż zwyczajnie „zdechł”. I zastąpił go zgarnięty z „niemieckiej wystawki” Schneider. Po Schneiderze był Thomson, którego dosłownie zastrzelił piorun.

Sentyment? Może. Ale…

Tata mi mówi, że dzisiejsza technologia jest fajna. Rozmowy z nim pozwalają mi na docenianie tego, co mam. Bo kiedyś tego nie było. Prąd wyłączano na noc, nie było ciepłej wody, a kolejka do sklepu ciągnęła się przez całą komunistyczną perełkę – niedokończoną do dzisiaj. Jedno go tylko irytuje – gwarancja. Ta brzmi odrobinę jak wyrok śmierci już przy samym kupnie. 2 lata gwarancji – czyli pochodzi dwa lata, a potem się rozkraczy. Tak było w przypadku jego komputera, który w chwilę po tym okresie po prostu przestał działać. I… trzeba było sprawić sobie nowy. Pralka popularnej firmy po 5 latach puszcza wodę, stuka i powoli zamienia się w domowego wędrownika – póki starczy kabla. Wiatka pochodziła prawie 30 lat. Potem komuś ją oddano i pewnie działałaby u nas do dzisiaj. Nikt jej o gwarancję nie pytał – fachowcy byli, części były, w sumie do dzisiaj są. Ciepło (o ironio losu) wspominam lodówkę, która była na wyposażeniu jednego z mieszkań, które wynajmowałem. Malutki „MIŃSK”, który działał lepiej od niektórych dzisiejszych sprzętów.

technologie

Dzisiaj możemy się śmiać z tego, jak kiedyś wyglądały sprzęty gospodarstwa domowego, technologie, które znają dziadkowie, rodzice. Tyle, że nie zapominajmy o tym, iż sprzęt miał wtedy działać. Nie napędzać biznes, nie wyznaczać nowe trendy, lecz być pomocnikiem „homo sovieticusa”, który miał iść do pracy, zapewnić rodzinie byt i płodzić kolejnych, szczęśliwych w systemie ludzi. W tamtych warunkach takie podejście by się sprawdziło. Dzisiaj? Za trzy dekady nie zobaczymy świetnie działającej, ówczesnej pralki znanego producenta. Gwarantuję.

Grafika: 1, 2, 3