17

Strona, na której może przebywać jeden Internauta. Sensu brak, ale pomysł niezły

Internet znowu to zrobił: zaskoczył mnie. Nie spodziewałem się już dzisiaj fajerwerków, a tu pojawia się informacja o stronie internetowej, na której w jednej chwili może przebywać tylko jedna osoba. Żeby odwiedzić ten adres i zobaczyć, co oferuje, trzeba odczekać swoje w kolejce. Z biletem. Ludzie mają ułańską fantazję… Strona podobno wystartowała kilka miesięcy temu, […]

Internet znowu to zrobił: zaskoczył mnie. Nie spodziewałem się już dzisiaj fajerwerków, a tu pojawia się informacja o stronie internetowej, na której w jednej chwili może przebywać tylko jedna osoba. Żeby odwiedzić ten adres i zobaczyć, co oferuje, trzeba odczekać swoje w kolejce. Z biletem. Ludzie mają ułańską fantazję…

Strona podobno wystartowała kilka miesięcy temu, ale dopiero niedawno stała się popularna. Wiadomo, jak jest: o projekcie wspomni ktoś znany, znajdzie to jakiś dziennikarz i wypromuje, wieść rozejdzie się w popularnym serwisie i lawina rusza. Efekt jest taki, że gdy zajrzałem pod adres mostexclusivewebsite.com, dowiedziałem się, że przede mną w kolejce czeka ponad 28 tysięcy osób. Tak, grupa ludzi odpowiadająca liczbie mieszkańców małego miasta stoi w kolejce z wirtualnym biletem, by zobaczyć, co tez autor ukrył na końcu.

Jeżeli myślicie, że na końcu ścieżki poznacie jakąś tajemnicę, dowiecie się, gdzie jest św. Graal, kto zabił JFK albo jaki program ma Paweł Kukiz, to muszę Was rozczarować. Autor projektu, Justin Foley, nie przewidział większych zabaw i niespodzianek. Z tego, co czytałem w Sieci, ludzie oglądają zdjęcia kotów. Mają na to minutę, po tym czasie na stronę wchodzi kolejna osoba. Przepraszam za spoilowanie, ale nie chcę Was narażać na stratę godzin czy dni przed monitorem. Zwłaszcza, że z kolejki łatwo jest ponoć wypaść – traci się bilet, gdy np. strona się odświeży.

Jaki jest cel Most Exclusive Website? Trudno stwierdzić. Raczej nie wskazywałbym na jakiś wydumany projekt artystyczny itp. Autor po prostu chciał się zabawić, pomyślał, że skoro Internet w założeniu jest taki dostępny, to on pójdzie w przeciwnym kierunku. Bez konkretnego celu, chęci zysku, czy zwrócenia na coś uwagi. Ot, taki kaprys. I jak to z kaprysami bywa, nie musi on mieć sensu. Ten z pewnością nie ma, bo strona nie spełnia żadnej funkcji, nic dzięki niej nie zyskacie, możecie jedynie stracić czas i nerwy. Mimo to pomysł wzbudził u mnie pozytywną reakcję: jest tak dziwny, irracjonalny wręcz, że aż ciekawy. Sposób na autopromocję równie dobry, co zbiórka społecznościowa na ratowanie Grecji.

PS Ludzie mają szczęście, że autor nie umieścił tam czegoś naprwdę obrzydliwego albo strasznego.