11

Jestem zachwycony! Na takie specjalne pokazy starych filmów chodziłbym ciągle do kina

Repertuary kinowe pełne nowości to żadna niespodzianka, ale gdy w zapowiedziach pokazów pojawia się filmowa klasyka, to można mieć tylko nadzieję, że takie specjalne seanse będą odbywały się regularnie. Po "Blade Runnerze" mam ochotę na przykład na Matriksa na dużym ekranie.

Przeglądając plany premier na styczeń nie ma zbyt wiele filmów, które od razu wzbudziły we mnie emocje. Z zaciekawieniem czekam na „Proximę”, czyli produkcję sci-fi oraz „1917”, czyli wojenny obraz od Sama Mendesa. Do kina wybiorę się też zapewne na „Bad Boys for Life” oraz „Psy 3. W imię zasad” – prawdopodobnie ostatnie filmy z tych serii, jakiekolwiek powstaną. Lista styczniowych debiutów opiewa jednak na kilkadziesiąt pozycji, w tym komedie i produkcje dla najmłodszych, ale trudno mi wśród tego wszystkiego znaleźć coś więcej dla siebie. Plan czterech seansów w ciągu jednego miesiąca to całkiem sporo, tym bardziej że listę nowości rozszerzą premiery w usługach VOD, których na polskim rynku nie brakuje.

„Blade Runner” w kinie mnie oczarował

Wczorajszy pokaz „Blade Runnera” w ramach cyklu „Mistrzowie Kina” uzmysłowił mi jednak, jak dużą rolę w kreowaniu poglądu na kinematografię młod(sz)ych widzów mogą mieć kina. Nie mówię tu o nowościach, które grają pierwsze skrzypce w repertuarach, ale pokazach specjalnych, które przywracają zainteresowanie produkcjami sprzed kilku lat lub dekad. Sala lubelskiego Multikina wypełniona była co najmniej w 2/3 i na widowni zasiadły osoby w przeróżnym wieku. Widziałem ojców z synami, ale także młode pary.

„Łowca Androidów” z Harissonem Fordem zdołał przyciągnąć do kina naprawdę wielu chętnych, a był to drugi z dwóch zaplanowanych pokazów (poprzedni odbył się 23 grudnia). Na tym przykładzie mogę śmiało powiedzieć, że taki seans był potrzebny. Bo niezależnie od tego, czy obecni na sali widzieli wcześniej „Blade Runnera”, czy zamierzali dopiero teraz zapoznać się z filmem Ridley’a Scotta, możliwość zobaczenia go na dużym ekranie i w kinowych warunkach dźwiękowych to zupełnie inne doświadczenie.

Przekonałem się o tym na własnej skórze, bo to powtórki tego filmu w domu podchodziłem wielokrotnie. Niestety, bez skutku, bo przeszkód na drodze organizacji takiego seansu jest zawsze całe mnóstwo. Podczas wizyty w kinie jesteśmy zmuszeni do odłączenia się od świata zewnętrznego i skoncentrowania się na filmie, co w przypadku takiego filmu jak „Łowca Androidów” jest jak najbardziej wskazane. Niezwykle przyjemnie było zobaczyć na dużym ekranie krajobrazy Los Angeles z 2019 w wizji twórców filmu oraz usłyszeć tę ścieżkę dźwiękową rozbrzmiewającą na kinowym udźwiękowieniu.

Stare filmy w kinie powinny bywać częściej

Po wyjściu z kina nie mogłem przestać myśleć, jak przyjemnie byłoby powtórzyć lub nadrobić wiele innych tak ważnych produkcji. Uwielbiany przeze mnie i obejrzany chyba ponad setkę razy „Batman” z 1989 wybrzmiał całkowicie inaczej na sali kinowej, więc z ogromną ochotą obejrzałbym w takich warunkach również „Matriksa”, „TRON”, „Terminatora 2”, „Powrót do przyszłości” czy „Obcego”. Jak fantastycznym przeżyciem byłoby zobaczyć oryginalną trylogię „Gwiezdnych Wojen” w kinie (może nie w formie całonocnego maratonu…) czy „Park Jurajski”. Jak się zapewne zorientowaliście wymieniłem przede wszystkim produkcje z gatunku sci-fi i przyznam, że jest to dość subiektywna lista, ale przecież jest wiele, wiele innych istotnych filmów, które mogłyby wrócić na duży ekran i na pewno każdy z Was miałby wiele swoich typów.

Nie chodzi mi oczywiście o realizację moich zachcianek, ale myślę, że regularne powroty najważniejszych/najlepszych/inne-naj filmów do kin to świetny pomysł i powinien być realizowany z jeszcze większym rozmachem. Jestem ciekaw, czy brak regularności takich pokazów to kwestia zbyt małego potencjału sprzedażowego, czy może problemów z dostępnością praw do emisji filmów w kinach? Być może statystyki takich seansów będą dobrą motywacją dla sieci kin, a także kartą przetargową w rozmowach z dystrybutorami, by ci bardziej przychylnie podchodzili do tego rodzaju inicjatyw. Podejrzewam, że za 10-15 lat na „Matriksa” będziemy patrzeć jak dziś na „Blade Runnera” i z delikatnym uśmiechem będziemy obserwować niektóre efekty specjalne, ale jeśli miałbym komukolwiek pokazać film sióstr Wachowskich po raz pierwszy, to zdecydowanie poleciłbym seans w kinie. Tak jak wczoraj zrobiłem to z „Łowcą Androidów”, którego znajomi mogliby w domu nie przetrawić, a w kinie uznali za bardzo miły seans.

Zobacz też: Harry Potter wrócił do kin i to w nowej wersji 4DX

P.S. Multikino zaserwowało nam oczywiście wersję ostateczną Final Cut „Blade Runnera”.