14

Spotkanie z prawdziwym dziennikarzem – część pierwsza

Grudniowe południe – pogoda jeszcze znośna, bez śniegu aczkolwiek odczuwało się już nadchodzącą zimę. W umówionym miejscu na Warszawskim Wilanowie stawiłem się 5 minut przed czasem – lubię być pierwszy i mam blisko. Restauracja była jeszcze o tej porze prawie pusta. Wyjąłem telefon i sprawdziłem szybko maile… mam nadzieję, że nie odwołał spotkania. Dokładnie minutę […]

Grudniowe południe – pogoda jeszcze znośna, bez śniegu aczkolwiek odczuwało się już nadchodzącą zimę. W umówionym miejscu na Warszawskim Wilanowie stawiłem się 5 minut przed czasem – lubię być pierwszy i mam blisko. Restauracja była jeszcze o tej porze prawie pusta. Wyjąłem telefon i sprawdziłem szybko maile… mam nadzieję, że nie odwołał spotkania.

Dokładnie minutę przed umówioną godziną drzwi do restauracji otworzyły się i do środka wszedł mój gość.

Ubrany raczej normalnie, w tłumie nikt by nie poznał czym się zajmuje. Zresztą to charakterystyczne dla tej branży, zostało ich niewielu i nie chcą się rzucać w oczy. Z tego też powodu umówiliśmy się w zacisznej Wilanowskiej restauracji a nie gdzieś w centrum.

Rozejrzał się szybko po sali i momentalnie skierował się w stronę mojego stolika. Przy okazji dokładnie zlustrował całe pomieszczenie – jakby czegoś szukał. Było jednak naprawdę pusto.

Wstałem, wyciągnął do mnie rękę i cicho, rozglądając się jednocześnie na boki powiedział „Tomek – prawdziwy dziennikarz”. W momencie uścisku dłoni jego spojrzenie wyostrzyło się, wzrok skoncentrował na telefonie leżącym na stole. Wiedział, że będę nagrywał naszą rozmowę ale mimo wszystko widać, że nie do końca mu się to podobało.

– Najpierw zjemy a później porozmawiamy…rzuciłem i podałem mu kartę. Polecam sałatki
– Głodny jestem – odpowiedział i zajął się przeglądaniem karty
– Ja stawiam
– Nie, płacę za siebie – odpowiedział i spojrzał na mnie wzrokiem nie znoszącym sprzeciwu. Nie protestowałem, nie chciałem go spłoszyć. W końcu to „prawdziwy dziennikarz”….

Oto część pierwsza rozmowy z Tomaszem Grynkiewiczemprawdziwym dziennikarzem. Ubarwiłem trochę wstęp tak samo jak Tomasz ubarwił trochę swoje wypowiedzi po tym jak dostał ode mnie surowy tekst przepisany z dyktafonu :)

z9760531O
Tomku, co myślisz o blogerach? Nienawidzisz ich? Za to, że zabierają ci chleb, pieniądze, reklamodawców, czytelników? (śmiech)

– A zabierają?

– No nie wiem…

– Na pewno pączków dostaję mniej ;-) Ale poważnie: po pierwsze, skąd przypuszczenie, że nienawidzę? Po drugie, nie jestem w stanie sprawdzić czy zabierają. Intuicyjnie – być może część czytelników, choć to trudno wprost zmierzyć. Chleba ani pieniędzy blogi mi jeszcze nie zabrały, a reklamodawcy nie są bezpośrednim problemem dziennikarza. Z punktu widzenia wydawcy: nawet jeśli blogi coś zabrały, to jest to promil budżetów, które uciekły z prasy.
Rozumiem, że nawiązujesz do prezentacji Tomasza Machały, w której padła teza, że dziennikarze z niechęcią odnoszą się do blogerów. Spotykam się z takimi głosami w redakcji, natomiast sądzę, że trochę wynika to z niezrozumienia dwóch światów.

– Kto kogo nie rozumie?

– Chyba każda ze stron ma błędne wyobrażenia o drugiej. Łatwiej mi oczywiście oceniać dziennikarzy. Ja to widzę tak, że dla blogosfery środowisko, nazwijmy to, lifestyle’owe, jest dość naturalne. I na tym polu interakcji z markami, akcji reklamowych są mocniejsi od dziennikarzy, na pewno bardziej wiarygodni dla odbiorcy. Dziennikarze zaś często przykładają do tego własną miarę i odbierają jako kryptoreklamę. Moim zdaniem o tyle niesłusznie, że niektórzy blogerzy (nie będę wymieniał, żeby im nie słodzić) są bardziej przejrzyści niż niektóre tzw. tradycyjne media (nie będę wymieniał, żeby im nie szkodzić).
Przejrzyści w tym znaczeniu, że informują wprost, kiedy coś jest akcją reklamową, kiedy współpracują ze sponsorem i na jakich zasadach. Nie wszyscy, ale niektórzy robią to lepiej niż tradycyjne media.

– Ale zmieniasz trochę temat, bo tam do końca nie była wrzutka o kryptoreklamę.

– W prezentacji nie, ale mówię o punktach zapalnych. A zarzut „sprzedajny jak bloger” jest punktem zapalnym. Tymczasem to nie jest uczciwe postawienie sytuacji. W mediach masz treści redakcyjne, na drugim biegunie reklamy. A pomiędzy nimi – parafrazując bestseller – „50 odcieni szarości”. Po obu stronach są wpadki.
Bywali tacy „dziennikarze”, którzy cynicznie wykorzystywali sytuację dla własnych korzyści. Były tytuły, w których nie oznaczano treści sponsorowanych. Są nadal teksty, które nie są sponsorowane, ale są tak kiepsko, jednostronnie (dobrze dla danej spółki) napisane, że – cynicznie na to patrząc – należałoby za nie jednak wystawiać faktury. Bywały też sytuacje, w których dziennikarz był po prostu wkręcony w jakąś akcję, niekoniecznie mając tego świadomość.

– Rozwiń, co to znaczy „nie wiedzą, że są wkręceni”? Ktoś im coś podrzuca parówki i…?

– Wkręceni to złe słowo. Chodzi po prostu o to, że dziennikarz może dostać zlecenie na tekst, np. poradnik o oponach zimowych, kartach kredytowych czy tabletach, nie wiedząc, że jest częścią opłaconego cyklu lub nie wiedząc, kto dany cykl sponsoruje. 
Moje zdanie na temat parówek… No, dobrze. Powiem tak: jeżeli to była akcja reklamowa, to ja sobie nie wyobrażam, by ktoś powiedział „ok, startuje serwis, my dajemy kampanię, dajcie tekst o parówkach” i nie chciał zobaczyć takiego tekstu przed publikacją. A jeżeli chciał zobaczyć i zobaczył TEN tekst o parówkach, to… ja bym chyba umarł, jakbym miał za taki tekst zapłacić.

– Jako redaktor reklamowy?

– Tak, ja bym nie chciał jako reklamodawca takiego tekstu o parówkach. Ale możliwe, że po prostu nie znam reklamodawców

– To raczej niedoświadczenie w pisaniu spowodowało taki „kwiecisty wytwór parówkowy” ?

– Tak przypuszczam, choć kwiecistość tego tekstu akurat kiepsko świadczyła o jego redakcji.

– Nie przyszło ci nigdy do głowy, że była trochę specjalnie zrobiona ta pobudka… akcja?

– Przyszło, ale szybko przeszło. Taki lolcontent? Nie wiem w jaki sposób miałby być dobry dla reklamodawcy, ani dla redakcji.

– Który się dobrze sprzedaje przecież…

– Zapewne dobrze generował nowe wizyty czy odsłony, bo ludzie się tym dzielili. Ale co z tego: startujesz, zapowiadasz, że tworzysz nową jakość i wtem… Wizerunkowo kiepskie. Te parówki dość brutalnie zweryfikowały w tamtym momencie zapowiedzi o jakości. Pamiętasz je pewnie.

– No pamiętam…

– Wracając do tematu blogerzy vs media. Blogi się wyspecjalizowały i docierają dobrze do niszowych grup odbiorców. Mają mniejszy zasięg, ale pewne tematy da się lepiej właśnie wyeksponować na blogu niż w medium masowym. W Antywebie czy…

– To drugie się wymaże :)

– Dopiszę na Facebooku co wymazałeś :). Blogi mogą zapewnić pewnym tematom lepszą, ciekawszą ekspozycją niż medium masowe, które żyje bardzo szybko, szybciej, niż serwisy specjalistyczne.

– No to wiadomo…

– Wiadomo, ale to ma swoje konsekwencje. Klasyczny portal ma dużą rotację, jednego dnia kilkaset rzeczy, linków, pewne rzeczy uciekają tylko dlatego, że się w danej godzinie słabiej klikają. Większe blogi produkują po kilkanaście tekstów, nie mówiąc o blogerach-samotnikach.
Generalnie kibicuję blogerom, bo uważam, że wnoszą do mediów pewne nowe rzeczy, zarazem dziwię się tym, których da się dość tanio podejść. Oczywiście pamiętając o tym, że niektórych dziennikarzy też łatwo podejść…

– No to może mówisz o „rogalikach”?

– Nie. „Rogaliki” są dla mnie przejawem lifestyle’u, ewentualnie pretekstem do jakiegoś docinka, na Facebooku je po prostu ukrywam. Zupełnie za to nie rozumiem, dlaczego ktoś pisze na blogu o zagranicznym serwisie z opiniami i zaczyna od tego, że go zaproszono do restauracji, zjadł ravioli z malinami, a puentuje wpis, że serwis to game changer. Nie podobała mi też np. akcja piwna z blogerami. Był taki stream na żywo jakiegoś tam piwa…

-…mi też się nie podobało, dlatego nie brałem udziału…

– To był chyba Żywiec… Rozumiem, że tam wszyscy wpadli w zachwyt nad tym, że udało im się kreatywnie podejść do tematu.

– Wydaje mi się, że ta „innowacyjność” miała polegać na tym, że teraz każdy otwiera i wyraża swoją opinię. To było śmieszne, że tam się coś popsuło…

– Chodzi mi o kreatywność z punktu widzenia branży reklamowej. To zapewne było innowacyjne w tym sensie, że znalazł się model na zareklamowanie nowej marki piwa w internecie, czyli produktu, który ze względów prawnych nie tak łatwo promować.

– A dobrą jakąś akcję pamiętasz z blogerami? Która twoim zdaniem dobrze wyszła?

– Kurczę, pamiętam tylko te złe „wiadomości”. Większość akcji w blogosferze w ogóle mi umyka, łatwiej pamiętam te akcje, które jakoś drażniły. Chociaż… ostatnio akcja na blogu Podróżnickich wydaje mi się całkiem ok. Niektóre technologiczne cykle dobrze wychodzą, kulinarne. Nie podobała mi się akcja motoryzacyjna na AntyWebie (możesz to wyciąć).

– Wywiady?
– Mmm.. Tak
– Nie wyszło… już ich nie ma.

– Ale to dlatego, że tam nic nie było dla czytelnika. Moim zdaniem warto nad tym pracować po obu stronach, by czytelnik nie dostawał treści, które może przeczytać w broszurce w salonie samochodowym.

– …ale czekaj, czekaj… wywiady nasze, to nie była żadna komercha… po prostu… To niedoświadczenie, o którym mówiliśmy wcześniej

– No właśnie tego nie rozumiem, zadajesz pytasz i bierzesz żywcem całą odpowiedź, de facto łykasz czysty przekaz PR i podajesz dalej czytelnikowi.

– Zgadzam się, my po trzeciej próbie przestaliśmy, dla mnie to też słabe było, ale człowiek się uczy.

– Problemem jest też to, że czasem nie z kim rozmawiać o pewnych nowinkach na polskim rynku, bo jest tylko PR, albo tylko PR może się wypowiadać.

– …czekaliśmy na odpowiedź trzy tygodnie, później się okazuje, że przychodzi wiesz… wycinki z broszur.

– To rozumiem, ale dla mnie to nie jest jeszcze powód, by to publikować. To, co mnie czasami zniechęca do blogów, to – generalizuję teraz – brak przykładania odpowiedniej wagi do jakości. Być może to jest uzasadnione rynkiem, ale to jednak blog firmowany nazwiskiem…
Szkoda, bo uważam, że blogi mogłyby świetnie uzupełniać ten rynek. Jest mnóstwo miejsca dla pewnych tematów, o których dużo media nie piszą, bo nie ma miejsca, bo nie ma czasu, bo to za „mały” temat.
Oczywiście w mediach też mocna zauważyć tendencję schodzenia z jakością w dół. Niestety.

– Mówisz, że taka symbioza powinna być?

– Powinna być. Obie strony mogą i powinny się od siebie uczyć. Dlatego nie rozumiem podejścia „hejtujemy” blogerów jako blogerów.

– Wiesz to trochę takie generalizowanie – „blogerzy”, „dziennikarze”…

– Ludzie lubią generalizować. Nie wiem dlaczego miałbym się obrażać na blogerów i twierdzić, że oni psują rynek. Rzeczywistość się zmienia, i ktoś, kto chce promować swoją markę w nowym otoczeniu musi też o siebie jakoś zadbać. Dlatego np. otworzyłem swój profil na Facebooku, coś tam próbuję powoli budować, choć bez jakiejś napinki. Moim zdaniem nie ma jeszcze wykształconych dobrych mechanizmów do promowania autora w sieci, przy klasycznej dystrybucji jego tekstów i zachowaniu go na etatowym stanowisku. Wyborcza.pl podjęła ostatnio… uwaga, sponsorowane…

– To będzie wycięte „sponsorowane”:)

– Wyborcza.pl podjęła ostatnio eksperyment z kilkoma dziennikarzami, by stworzyć dla nich strony autorskie. To jest jakiś krok, ale nadal nie wiem, czy taka formuła mnie by przekonała. Znów trafia się na problem, że konkurujesz w masie innych linków. 
I dochodzi trochę takie rozdarcie, czy powinienem robić „streaming” z siebie samego, czy „streaming z Grynkiewicza” byłby w ogóle ciekawy. Czy robić to branżowo i technologicznie, taki rozciągnięty w czasie newsletter, czy mieszać to z prywatnymi rzeczami. Czy pod marką wydawcy, czy osobno, na Facebooku. Link z krótką opinią, śmieszny obrazek, znów opinia, link. Nie wiem.
Mam wrażenie, że z punktu widzenia konkretnego autora w masowym medium więcej osób jednak jest przypadkowych, bo chce poczytać o Smoleńsku, o podatkach, o inflacji, sporcie, przy okazji trafia na twój tekst. I to jest ok, bo zyskujesz zasięg, ale w pewnym stopniu przypadkowy. Gazety moim zdaniem – w przeciwieństwie do blogerów – nie wytworzyły jeszcze dobrego miejsca do dyskusji z autorami. Są medium w swojej naturze chłodniejszym, autor mniej tu znaczy, nie jest gospodarzem. Nie ma też prostych mechanizmów, by rzeczywiście dyskutować pod tekstami. Choćby z technicznego powodu: na Facebooku dostaję powiadomienie, że ktoś coś skomentował, otagował mnie itp. Na forum pod tekstami musiałbym to sam monitorować.

– O tym kiedyś pisałem, autorzy tekstów nie są eksponowani w portalach, czy tam w miejscach gdzie piszą i też nie rozmawiają w ogóle z czytelnikami. To jest osoba podpisana „JMK” i tyle o niej wiadomo, w życiu się nie odezwie w komentarzu, nie wiadomo jak ma na imię i nazwisko. Właściwie tak, jakby to robiła w ryczałcie – napisała, znika. Trudno nawiązać relacje z taką osobą i później budować jakąś społeczność wokół niej.

Ciąg dalszy nastąpi…

zdjęcie