7

Czy social media sprawiły, że obraziliśmy się na „zwyczajne” życie?

Co wolimy zaprezentować w social mediach? Wycieczkę na Bahamy czy to, że codziennie mamy na śniadanie kanapkę z serem? Odpowiedź jest oczywista. Jednak takie podejście sprawia, że nasz newsfeed już dawno zamienił się w jedną wielką propagandę sukcesu.

Co można robić na studiach socjologicznych? Oczywiście, można się obijać i nie przyswoić nawet grama wiedzy – tak wygląda obiegowa opinia o tych studiach w Polsce. Jednak, jeżeli się chce, można dowiedzieć się tam o wielu ciekawych koncepcjach, paradygmatach, które pozwalają opisać relacje międzyludzkie i społeczne przy wykorzystaniu dosyć trafnych analogii. Jedną z moich ulubionych była ta stworzona przez Ervinga Goffmana w latach pięćdziesiątych i opisana w książce „Człowiek w teatrze życia codziennego”. W dużym i naprawdę uproszczonym skrócie – obecność innych osób (widzów) sprawia, że każda interakcja społeczna jest pewnego rodzaju przedstawieniem, w którym staramy się przedstawić danej osobie jakąś określoną wersję siebie (maskę). Utrzymaniu przedstawienia służą nam wszystkie elementy życia codziennego (rekwizyty, atrybuty kompetencji) – mogą to więc być samochody, gadżety, odwiedzone miejsca, czy nawet pewien określony styl życia.

Takie postrzeganie relacji położyło podwaliny pod identyfikację wielu zachowań społecznych, które dziś są dla nas oczywiste, jak chociażby traktowanie interakcji międzyludzkich jako pewnego rodzaju maskarady (np. granie roli niezgodnej ze swoimi poglądami aby zdobyć akceptację, przywdzianie takiej maski jaką mają inni). Jeżeli więc kiedykolwiek byliście ciekawi, dlaczego do opisania współczesnego społeczeństwa używa się metafory szekspirowskiej – możecie podziękować za to Goffmanowi. Dlaczego jednak o tym piszę?

Bo współczesne social media to nic innego jak wielka, globalna scena z milionem aktorów i jeszcze większą widownią

Jeżeli mówimy o czasach „przedinternetowych”, w interakcje międzyludzkie wchodziliśmy wtedy, kiedy tego chcieliśmy. Aby to zrobić, musieliśmy albo się z kimś spotkać, albo też kupić gazetę czy obejrzeć program w telewizji – wtedy też, pośrednio, otrzymywaliśmy informację o tym, co robią inni ludzie. W wypadku tych pośrednich interakcji była to jednak komunikacja jednostronna, w której byliśmy bardziej widzami spektaklu, niż jego aktorami. Stwierdzenie „social media wszystko zmieniły” byłoby takim truizmem, że aż zęby bolą, ale nie da się nie zauważyć faktu, że nagle większość osób po raz pierwszy zyskała coś, co kiedyś było przywilejem nielicznych – stałą widownię. Widownię, która czy chce czy nie, musi poświęcić uwagę, ponieważ to, co widzą nie zależy od nich, ale od algorytmu serwisu. I pomimo, że ta uwaga jest krótka, zazwyczaj nie przekraczająca czasu przescrollowania, to ona jest. I to się liczy.

Na tej scenie jesteś aktorem i widzem jednocześnie

Podejrzewam, że gdyby dziś Goffman zobaczył, jak prezentuje się sytuacja w social mediach, musiałby wprowadzić kilka errat do swojej książki. Gdybym miał obrazowo przekazać, jak ta sytuacja wygląda dla mnie w tym momencie, to Facebook, Twitter, TikTok i inne platformy z oczywistych względów byłyby sceną. Na tej scenie brak jest jednak sprecyzowanej widowni, która oceniałaby nasz „występ” i naszą „maskę”. Jest na niej za to pełno aktorów, którzy grają swoje role i to od nich staramy się nauczyć, jak powinniśmy grać swoją tak, by pasować do przedstawienia. Nikt nam nie powie, że nasza maska nie pasuje. Nikt nam nie powie, że pomyliliśmy kroki. A jednak mimo wszystko dużo z nas dąży do tego, by naśladować innych aktorów.

Co gorsze jednak, w tym przedstawieniu nie istnieją także bardzo ważne w teorii Goffmanna „kulisy” – miejsce, w którym możemy być sobą. Social media, utrzymując nas w ciągłym i stałym kontakcie sprawiają, że mamy dużo mniej możliwości zdjąć naszą maskę. I tutaj dochodzimy do kluczowej kwestii.

Facebook lubi piękne historie. Brzydkich już nie

Wczoraj obchodziliśmy Ogólnopolski Dzień Walki z Depresją. Nie było trudno znaleźć miejsca w sieci, które mówiło, że social media bardzo często przyczyniają się do potęgowania tego zjawiska. O tym, że social media to nie jest jakiś nieznany, alternatywny wymiar, pisałem już jakiś czas temu. Nie da się jednak nie przyznać racji stwierdzeniu, że Facebook i podobne portale mogą (nie jestem lekarzem by stwierdzić to z pełnym przekonaniem) odgrywać ważną rolę w rozwoju tej choroby. Jeżeli bowiem zbierzemy w jednym miejscu ponad dwa miliardy aktorów, z których każdy chce jak najlepiej odegrać sztukę pt. „moje życie”, jasnym jest, że taka osoba będzie się grać w odniesieniu do tego, jak odgrywają to inni. Wchodzi więc na swoją tablicę, i widzi:

„Monika wrzuciła zdjęcie z karaibów”

„Marek „zupełnie przypadkiem” w swoim poście pokazał nowe Audi z salonu”

„Ania się zaręczyła! Ten pierścionek musiał kosztować fortunę”

I nawet, jeżeli te osoby przez 5 lat jadły suchy chleb, żeby móc sobie pozwolić na tę jedną rzecz/przeżycie, to ich kolektywne „osiągnięcia” stają się pewnym szablonem, jak powinno wyglądać idealne życie. Osoba podatna na sugestie (co w przypadku zaburzeń depresyjnych może być dodatkowo nasilone, ale o tym zaraz) może odebrać wszystkie te bodźce, wydłużając swoją listę rzeczy do których aspiruje, nawet, jeżeli lista ta jest praktycznie niemożliwa do spełnienia. Facebook dodatkowo (nie wiem, czy jest to świadome działanie twórców czy nie) potęguje to zjawisko podsyłając nam posty o określonej treści. Sam tego doświadczyłem, gdy mojej narzeczonej co drugi post podpowiadał, że jej znajoma lub znajoma znajomej (czy też osoba, której znajoma znajomej dała lajka) już się zaręczyła. Wtedy doświadczyłem jak bardzo dźwignia społecznej presji jest w stanie podważać zdrowe poczucie własnej wartości i reorganizować priorytety.

Tutaj mocno działa też wspomniany brak „kulis”, ponieważ z social mediów odbieramy informacje o każdym aspekcie życia – jeżeli na śniadanie jemy kanapkę z serem, mamy w świadomości, że ktoś wrzucił, że rano zrobił ekwiwalent 7 daniowego obiadu. Jeżeli ćwiczymy, mamy w głowie, że ktoś trzaska raz za razem 10 km. Jeżeli spędzamy wolny czas, kołacze nam się z tyłu potylicy, że taki a taki znajomy przeczytał tyle książek bądź był na takim a takim wydarzeniu. Dziś żadna sfera życia, nawet ta najbardziej prywatna, nie jest wolna od bycia sceną teatru życia codziennego.

Czy przez Facebooka obraziliśmy się na zwykłe, przeciętne życie?

Pozostając w temacie Dnia Walki z Depresją – kilka statystyk. Liczba udanych zamachów samobójczych od 2008 wzrosła o około 1000 rocznie ( z nieco poniżej 4 tys. w 2008  do 5100 w 2020 r.). Liczba samych zamachów wzrosła natomiast ponad dwukrotnie ( od 5 237 w 2008 do ponad 12 tys. w 2020). Znacznie wzrósł odsetek zamachów samobójczych w grupie wiekowej pomiędzy 13 a 18 r. życia (300 w 2008, 814 w 2020) i ogółem – wśród ludzi młodych. I oczywiście, depresja nie zawsze prowadzi do samobójstwa, ale ta statystyka pokazuje najdobitniej kierunek zmian. Według Rocznika Statystycznego Rzeczypospolitej Polskiej, w poradniach psychiatrycznych od 2010 roku przybyło 14 proc. leczących się (1614694 osób), a liczba osób które robią to po raz pierwszy utrzymuje się na stałym poziomie 400 tys. rocznie. Niektórzy psychologowie twierdzą, że jakiegoś rodzaju schorzenia psychiczne może mieć w tym momencie nawet 1/4 narodu.

Skąd to wynika? Przecież żyje się nam coraz lepiej, bogacimy się jako naród, powinno to się raczej pokazywać w poprawie zdrowia psychicznego, a nie w jego pogarszaniu się. Cały myk polega na tym, że takie choroby cywilizacyjne jak wypalenie zawodowe, brak poczucia osiągnięcia czegokolwiek w życiu, nieprzydatność dla innych czy brak umiejętności nawiązywania głębszych relacji społecznych nijak się mają do zamożności. Co więcej, może nie tyle są powodowane przez social media, ale w jakimś stopniu są przez nie amplifikowane. W czasach telewizji i gazet od celebrytów dzieliła nas bariera, ich życie było inne niż nasze. Tutaj widzimy, że wszystko to „osiągają” nasi znajomi, osoby, z którymi za berbecia walczyliśmy z pokrzywami w lokalnym parku. Jeżeli więc oni coś osiągnęli, a my nie, automatycznie podsuwa podatnym osobom konkluzje, że są są gorszymi jednostkami. A sytuacja wygląda tak, że „zwykłym”  życiem nikt tak na prawdę się nie chwali, nie widać go w przestrzeni Facebooka czy Instagrama. Chcemy by postrzegano nas tam dobrze. Uczestniczymy w tej grze.

Problem robi się jeszcze większy, kiedy uświadomimy sobie, że przy natłoku dzisiejszych bodźców nie ma tak naprawdę czasu, by spojrzeć „pod maskę”. By zobaczyć, jakie naprawdę jest czyjeś życie, jak wyglądają czyjeś osiągnięcia w szerszym kontekście. Co z tego, że ktoś zarabia furmankę pieniędzy, jeżeli przypłaca to zdrowiem, zapracowując się na amen? Albo co jeżeli czyjaś szczupła figura bardziej jest efektem skaplela niż diety i ćwiczeń? Nie mamy czasu zajrzeć „pod maskę”, więc nasz mózg korzysta z tzw. „efektu aureoli”. Dla tych co nie wiedzą – efekt ten polega na przypisywaniu danej osobie szeregu pozytywnych cech bazując tylko na jednej. Dlatego właśnie atrakcyjne kobiety dostają w na procesach krótsze wyroki niż nieatrakcyjne, bo przecież „jeżeli ktoś jest ładny, to nie może być kryminalistą”. Tak samo my, widząc że ktoś ma zdjęcie zrobione gdzieś w egzotycznym kraju, od razu zakładamy, że nie tylko powodzi mu się finansowo, ale też na pewno ma dużo znajomych czy jest spełniony zawodowo.

Oczywiście – social media ≠ depresja

Na portalach pokroju Facebooka często wiesza się psy, bo i łatwo ten portal oczernić, przyjemnie się go krytykuje. Dlatego moim zdaniem porady pt. „odstaw Facebooka” dla osób z depresją, z problemami samooceną czy też jakimikolwiek innymi zaburzeniami są tylko niewiele lepsze niż „weź się w garść”. Bo Facebook (ani żadne inne social medium) nie powoduje depresji. Ba, odpowiednio używany może posłużyć do znalezienia wsparcia, którego nie jest w stanie okazać najbliższe środowisko. Dlatego remedium (moim zdaniem) nie jest w tym wypadku łatwe. Prosto jest bowiem mówić, by korzystać z Facebooka „odpowiedzialnie”, po pierwsze dlatego, że słowo „odpowiedzialnie w tym kontekście nic nie znaczy, a po drugie – mi jako osobie zdrowej łatwo jest mówić o tym, że wystarczy „kierować się podstawowymi zasadami” by nie dać sobie wejść do głowy.

Odstawienie Facebooka ma też inny aspekt – FOMO w końcu nie wzięło się znikąd. W dzisiejszych czasach odstawienie social mediów to w dużej mierze rezygnacja z życia społecznego, a to z kolei może prowadzić do jeszcze większych obaw o wykluczenie. Złotego środka więc nie ma, a już na pewno nie istnieje taki, który byłby odpowiedni dla każdego. Jedyne, co w tym wypadku można zrobić, to bardzo mocno pamiętać o tym, że to co widzimy na ekranie komputera czy smartfona nijak ma się do rzeczywistości i jest tylko kolektywną grą, propagandą sukcesu i jakakolwiek próba dorównania tym wyimaginowanym kreacjom jest z góry skazana na niepowodzenie. Pozostaje mieć nadzieję, że w miarę jak coraz więcej osób będzie nabierało takiej świadomości,  do social mediów będziemy mieć podejście, jak to używek pokroju alkoholu.

Z dużą dozą ostrożności.