slow motion
6

Slow Motion – te smartfony radzą sobie z nim najlepiej

Kiedy pierwszy raz usłyszałem, że telefony mogą nagrywać w slow motion, byłem w niezłym szoku. Mój entuzjazm ostudziło jednak zobaczenie, jak wyglądają finalne efekty takich nagrań. Od tamtego czasu slow motion przeszło całkiem długą drogę. Jak prezentuje się teraz i co ważniejsze - jak wygląda jego przyszłość?

Slow Motion – krótka historia ciekawej technologii

O samym istnieniu slow motion w kinematografii nie ma się co rozpisywać, ponieważ jej użycie jest prawie tak stare jak sam film. Wystarczy obejrzeć m.in. Podróż na księżyc Georges’a Mélièsa, by zauważyć, że reżyser bawi się tam prędkością odtwarzania filmu. Dużo ciekawej robi się, gdy zapytamy, kto jako pierwszy postanowił umieścić obiektyw slow motion w telefonie. I tu niektórych może zaskoczyć fakt, że było ono dostępne praktycznie od początku istnienia smartfonów. Najwcześniejsze zastosowanie slow motion, jakie udało mi się znaleźć, to Samsung Galaxy Omnia II, który był w stanie nagrywać 120 klatek na sekundę w zawrotnej rozdzielczości  320×240 pikseli. Jeżeli jednak szukamy momentu, w którym slow motion się spopularyzowało, należałoby wskazać przełom lat 2013-2014 kiedy to na rynku były dostępne takie urządzenia, jak iPhone 5S, Samsung Galaxy Note 2 i 3 czy OnePlus One – wszystkie ze slow motion w rozdzielczości co najmniej 720p na pokładzie. To od tamtego momentu można powiedzieć, że brak tej funkcji stał się nieakceptowalny w telefonach pretendujących do miana flagowców.

Mówisz „Super Slow Motion”, myślisz Sony

3 lata temu byliśmy świadkami dość ważnej premiery, jeżeli chodzi o nagrywanie w zwolnionym tempie. Sony Xperia XZ Premium wyznaczyła wtedy standardy do których wszyscy w kolejnych latach starali się dorównać. Nagrywanie w 960 kl./s w 720p kiedy wszyscy inni osiągali maksymalnie 240 fps musiało bowiem robić wrażenie. W kolejnym modelu, Xperii XZ 2 producent podkręcił rozdzielczość, dzięki czemu 960 fps było dostępne także w Full HD. W kolejnych telefonach – Xperii XZ 3 i I – nic się nie zmieniło w kwestii nagrywania filmów, czym Sony dało konkurencji czas do nadrobienia zaległości. I tak też się stało – w Super Slow Motion nagrywają dziś Samsung (od modelu S9), OnePlus (od 7T), Realme (od X) czy Xiaomi (Mi  9). Jednak jedna firma w tym czasie wzięła pomysł nagrywania w zwolnionym tempie i wyniosła go na zupełnie nowy poziom.

slow motion

Przyszedł Huawei i pozamiatał

Zeszłoroczna premiera telefonu Mate 30 Pro była dla osób, które interesują się wykonywaniem ujęć slow motion w telefonach, naprawdę przełomowa. Producent bowiem nie tylko dogonił Sony, ale wręcz – przebił je w dokładnie taki sam sposób, w jaki Japończycy kilka lat wcześniej przebili konkurencję swoim 960 fps. Mate 30 Pro bowiem pozwala na nagrywanie w zawrotnych 7680 klatkach na sekundę przy 720p, który to tryb producent nazwał „ultra slow motion”. Dokładnie ten sam moduł trafił w tym roku także do aparatów w P40 Pro i P40 Pro+. Jeżeli więc ktoś chciałby używać swojego telefonu do nagrań w zwolnionym tempie, nie ma praktycznie innego wyboru niż Huawei, ponieważ żadnemu innemu producentowi nie udało się osiągnąć takiego poziomu.

Slow Motion to bajer czy pole do zaprezentowania potencjału matryc?

I tu dochodzimy do bardzo ważnego punktu – czy slow motion w ogóle jest przydatne. Czy istnieją osoby, które wybiorą ten a nie inny telefon właśnie ze względu na możliwość nagrywania w zwolnionym tempie? Ciężko powiedzieć. Akcje takie jak ta Lady Gagi, gdzie cały teledysk został nagrany iPhonem mogłyby sugerować, że aparaty w telefonach mogą od czasu do czasu być wykorzystane w zastosowaniach profesjonalnych. Znaczy się – mogłyby, gdyby cena całości osprzętu, bez którego teledysk nie wyglądałby tak, jak wygląda, nie przekraczała wielokrotnie ceny samego telefonu.

slow motion

Dla mnie slow motion w smartfonach wpada dokładnie w tę samą kategorię cech urządzenia co deklaracje producentów o wodoszczelności. Czytaj – musi być na papierze, żeby nie odstawać od konkurencji, a jak się sprawuje to w codziennym życiu, to już sprawa drugorzędna. Dlatego właśnie producenci wodoszczelnych telefonów nie chcą uznawać reklamacji po zalaniu sprzętu i dlatego niektóre smartfony bez odpowiednich matryc (tych bez wbudowanego DRAM) uciekają się do software’owych trików, pozwalających na wykręcenie wspomnianego 960 fps. Przodują w tym szczególnie tanie, chińskie telefony, w których na nagraniu wyraźnie widać interpolacje – obraz dziwnie drga i potrafi często łapać czkawki, kiedy sztuczna inteligencja próbuje zgadnąć, jak powinna wyglądać znajdująca się w tamtym miejscu klatka.

Dlatego też o ile slow motion jest pokazem technicznych możliwości producentów, to patrząc, jak sprzedają się wspomniane telefony, wydaje się że ważniejsze jest samo posiadanie takiego trybu niż to, jak on rzeczywiście działa. Nie pamiętam sytuacji, w której nagrywanie slow motion w moim smartfonie kiedykolwiek realnie mi się przydało. Mam wrażenie, że w kontekście amatorskiego nagrywania nie ma wielu sytuacji, w których z tego trybu można zrobić realny użytek. Jeżeli natomiast ktoś zajmuje się takimi rzeczami profesjonalnie – raczej zainwestuje w pełnoprawną kamerę pozwalającą  nagrywać obraz w zdecydowanie lepszej jakości.

Choć może się mylę. Może ultra slow motion jest tym „next big thing”, na które smartfonowy świat czeka? Jest tylko jedna szansa, żeby się przekonać.