5

Śledzę ciekawy sprzęt do szybkiego tłumaczenia. I dowiaduję się niestety, że robi go firma z kiepską historią

Zastanawiałem się kiedyś we wpisie czy zawód tłumacza czeka zagłada i doszedłem do wniosku, że w najbliższym czasie rozwój technologiczny mu nie zagrozi – translacja w wykonaniu maszyn pozostawia wiele do życzenia. Ale firmy duże i małe opracowują nowe rozwiązania, poprawiają stare, coś się w tej materii dzieje. Przykładem produkt ili, który może się okazać […]

Zastanawiałem się kiedyś we wpisie czy zawód tłumacza czeka zagłada i doszedłem do wniosku, że w najbliższym czasie rozwój technologiczny mu nie zagrozi – translacja w wykonaniu maszyn pozostawia wiele do życzenia. Ale firmy duże i małe opracowują nowe rozwiązania, poprawiają stare, coś się w tej materii dzieje. Przykładem produkt ili, który może się okazać strzałem w dziesiątkę, jeśli pracuje tak, jak zaprezentowano to na filmie promocyjnym. Z entuzjazmem radziłbym się jednak wstrzymać – za urządzeniem stoi startup, który zdążył już zapracować na złą opinię.

Zacznijmy od ili. Produkt przypomina odtwarzacz mp3, można go zawiesić na szyi, można trzymać w kieszeni czy przywiązać go do nadgarstka. Jak działa? Widać to na poniższym filmie: wystarczy powiedzieć coś w pobliżu urządzenia i po chwili pojawi się tłumaczenie. Na razie sprzęt tłumaczy w obrębie trzech języków: japońskiego, chińskiego i angielskiego. Jeżeli wychodzi mu to tak sprawnie, jak pokazano w filmie, to winszuję. Zaznaczę przy tym, że nie znam japońskiego, ale reakcja zaczepianych kobiet wskazuje na to, że urządzenie działa. I zdziwiłbym się, gdyby w ramach promocji pokazano rozwiązanie, które popełniałoby proste błędy.

Ciekawy produkt? Nawet bardzo. Ktoś stwierdzi, że to samo mógłby przecież zrobić smartfon, ale z tym się nie zgodzę – telefon trzeba wyciągnąć z kieszeni czy torebki, uruchomić konkretną funkcję, powtarzanie tego często i np. w zatłoczonym miejscu może być uciążliwe. A ili jest kompaktowe i nie widzę problemu, by ciągle było „na wierzchu”. W tym przypadku osobny sprzęt nie jest przesadą. Sprawa sprowadza się zatem do innych kwestii: ceny, dostępności, rozbudowy bazy języków i… tego czy urządzenia działa poprawnie.

W tym momencie przechodzimy do pewnego problemu. Za produktem ili stoi startup Logbar. Kojarzycie? Podejrzewam, że nazwa nie mówi Wam zbyt wiele, wiec szybko przywołam ich poprzedni produkt: Ring. O sprzęcie było chyba najgłośniej w roku 2014 – pierścień pojawił się na Kickstarterze, a twórcy zebrali prawie milion dolarów na rozwój projektu. Na AW pojawił się wówczas taki opis urządzenia:

Ring parujemy z naszym smartfonem poprzez łączność Bluetooth, a następnie wystarczy go nałożyć na palec i zacząć używać. Możliwości, jakie ma dawać ten pierścień, są bardzo szerokie. Po pierwsze można przy jego pomocy sterować różnymi urządzeniami, wchodzącymi w skład inteligentnego domu. Włączanie i wyłączanie światła, telewizora, czy muzyki w pokoju odbywać się może przy pomocy wcześniej zdefiniowanych gestów. Wystarczy dotknąć kciukiem czujnika dotykowego, umieszczonego na powierzchni Ringu, by obudzić go z trybu czuwania, a następnie wykonując ruchy palcem wskazującym, wydać odpowiednie komendy. Gdy skończymy to robić, wystarczy otworzyć wcześniej zaciśnięte pozostałe palce dłoni, by urządzenie znów weszło w tryb czuwania.

A zatem uniwersalny pilot noszony na palcu. Mogło się podobać i pobudzać wyobraźnię. Z czasem okazało się jednak, że kolorowo nie jest. Pod koniec roku 2014 pisałem o recenzji, w której zmieszano ten sprzęt z błotem. Był ponoć nieużywalny, krytykę można określić mianem miażdżącej. Recenzja rozprzestrzeniała się w Sieci i zrobiła firmie bardzo mocną antyreklamę. Pamiętam, że podczas zeszłorocznego CES stanowisko Logbar było oblegane przez media, a twórcy wyglądali na lekko przytłoczonych – musieli się tłumaczyć i przekonywać, że nie jest aż tak źle. Co było potem? Słuch o nich zaginął. Ale wracają z nowym produktem.

Wracają i natychmiast wyciąga się im poprzednie urządzenie. Firma funkcjonuje jako ta, która stworzyła straszną tandetę. To spore obciążenie dla ili – nawet jeśli produkt działa, będzie musiał zmierzyć się ze „spadkiem” po Ringu (ten ostatni można kupić – ciekawe, jakim cieszy się wzięciem?). Doskonały przykład na to, że zasada nieważne jak o tobie mówią, ważne, by mówili jest naciągana. Podejrzewam, że Logbar wolałby w chwili obecnej odseparować jeden produkt od drugiego i liczy na to, że Ring nie będzie często przywoływany. A jeśli będzie, to ili może mieć naprawdę duży problem, by przekonać do siebie klientów. Zwłaszcza, jeśli okaże się, że i w tym przypadku zapewnienia producenta mocno odbiegają od rzeczywistości…

ili logbar